Chciałbym się podzielić historią z weekendu, która szczerze mnie ubawiła

Mieszkamy z mężem i 4letnią córką w dużym mieście. Moja mała kocha chyba wszelkie dostępne przejawy flory i fauny. Ogląda, wącha kwiatki, zbiera koniczynki, listki, kasztany, ogląda mrówki, głaszcze ślimaki, karmi łabędzie, lata za motylami itp itd. Dlatego często zabieramy ją do zoo, oceanariów, muzeów itd. Czasem wyjeżdżamy za miasto.
W nd wieczorem wyszłam wyrzucić śmieci i tuż przed drzwiami klatki natknęłam się na jeża. Sama pochodzę z małej miejscowości i pamiętam z dzieciństwa jakie emocje budził jeż przyniesiony w wiadrze przez tatę 'do pooglądania'

Dlatego nie myśląc wiele zostawiłam smieci w kącie, łapię jeża i zasuwam do domu pokazać małej stworzonko. Mała zachwycona pogłaskała, nauczona, że do zwierzaka trzeba mówić cichutko żeby się nie bał, pooglądała nosek, oczka, łapki. Po kilku minutach mówię, żeby się pożegnała bo jeżyk musi wracać do przyjaciół.
Natomiast reakcja mojego męża (100% mieszczucha) nieco mnie zaniepokoiła. Mianowicie zaczął wywrzaskiwać, że jeże gryzą, mają pchły, wściekliznę, że zwariowałam i żebym natychmiast go wyniosła.
Pewnie zerknie do tego wątku.
Czekam na opinie