wczoraj wybrałam sie z moim 2-latkiem na dwor- wstapilismy na plac zabaw.
niedaleko nas byla niania z 1,5 rocznym chlopcem, ubrany dosc nieadekwatnie do pogody, bo w czape z futrem jakby mroz byl (a wcz dosc cieplo bylo), smoczek w buzi wsadzony na odwrot (dolem do gory)
szli caly czas za reke- nie pozwolila mu sie nawet schylic po listek, ktory lezal na trawce. niania -starsza kobieta- po 60-tce, nie nadazala za nim.
w koncu maly chyba mial dosc tego spacerowania po chodniku, rozplakal sie na dobre, a ona co? na cale gardlo powtarzala w kolko "nie placz, nie placz, gluptasie nie placz, nie placz nie placz..." i na sile go do wozka wpycha i pasami probuje przypiac. dziecko jej sie wyrwalo i przyszlo.. do mnie i mojego synka. chcial do mnie na rece, wiec go wzielam, zagadalam jakas reklamowka na balkonie, ktora szelescila i po chwili maly wsiadl grzecznie do wozka. kobiecina zaczela mi sie tlumaczyc ze to pierwszy raz tak sie zachowal itd. zwyczajnie babka nie dawala sobie rady z malym.
po 1- nie umiala go zagadac, uspokoic tylko wrzeszczala mu do ucha zeby nie plakal
po 2- dziecko bylo przegrzane
po 3- co to za spacer dla takiego malenstwa- kiedy nie moze nic dotknac ani zobaczyc
po 4- zwyczajnie nie nadazala za nim
kiedys myslalam ze jak brac nianie- to tylko starsza i doswiadczona, ale po wczorajszym- juz taka przekonana nie jestem.
przepraszam za ten watek, ale bylam tak zniesmaczona ta wczorajsza sytuacja, ze az musialam sie wygadac

no i juz mi lepiej