Mój synek ma 1,7 roku. Od jakiegoś czasu nasze spacery przypominają ciągłą szarpaninę

Młody ucieka (zawsze na ulicę), ja go łapię i krzyk. Za rękę nie chodzi - woli sam.
Młody namiętnie wspina się na wszelkie po drodze mijane schody, z których nie bardzo potrafi zejść - oczywiście nie mogę go przytrzymać bo krzyk.
Siłą sadzam do wózka - krzyk, po kilku minutach w chuście czy nosidle wyrywa się i krzyk.
Nasz spacer to ciągły jego ryk a ja spocona niosę wijące się dziecko i pcham pusty wózek. Może macie jakieś pomysły na to jak nauczyć chodzić dziecko za rękę lub inne pomysły? Zaznaczę, że musimy wychodzić bo trzeba zaprowadzić starsze dziecko do szkoły.
Mogłabym też spróbować przetrwać krzyk, bo nie obchodzi mnie reakcja innych - ale przy jesiennej pogodzie boję się że dłuższe wydzieranie się spowoduje zapalenie gardła lub oskrzeli

(
Aha, rękawiczki też są be i ryczy gdy je ma na rękach - woli siedzieć z lodowatymi czerwonymi rączkami.
Trudny mi się trafił przypadek...
Za wszelkie porady będę wdzięczna