kalpa
21.07.05, 00:48
Witam, musze sie wygadać, bo do tej pory mi ciarki chodzą po plecach.
naraziłam mojego synka na ...kalectwo, a nawet...
Bylismy dziś nad Wisłą. A tam jest sobie murek oddielający nabrzeże od ulicy.
I ten murek niewysoki, bo do moich kolan zaintrygował mojego wszędobylskiego
synka.
Moge sobie iść po murku?- pyta Mateuszek.
A idź synku- rzekłam i zagadywałam do młodszego w wózku. I tak szlismy, on na
murku, ja po chodniku. Nagle zdałam sobie sprawę, ze Mati już wyżej niż ja, i
zdałam sobie sprawę, ze po drugiej stronie murku jest równie wysoko. A on
szczęśliwy gapi sie na niebo i idzie.
Boże... z nerwów mi mowe ojęło, ale złapałam go za noge i wydyszałam, zeby mi
dał rękę. A on się gibnąl.
Dziewczyny, chyba go dobre anioły podtrzymały. Z drugiej strony było już
kilka metrów w dół...
zdjęłam go, on się wystraszył, a ja popłakałam z nerwów, strachu.
Ja zupełnie nie myślałam, co jest za tym murkiem. Na początku było tak samo
nisko i tu i tu.
A teraz siedzę i ryczę, bo chociaż na szczeście do dramatu nie doszło, to
moje dziecko przez moją własną ignorancję....
Musiałam to napisac, bo mnie rozrywa od środka
kalpa