zaczelo sie moim katarem - oczywiscie od razu sprzedalam go Glutowi.Glut sie
zaglutowal doszczetnie i zaczal kaszlec. niby nie pierwszy raz, ale ze kaszel
jakis taki swiszczacy, pojechalismy wczoraj na kontrole. wyrok brzmial "kurcz
oskrzeli, potrzebne leki sterydowe, prosze przyjezdzac dwa razy dziennie na
nebulizacje". bylismy w lekkim szoku, bo w koncu to tylko pokaslywanie, na
szczescie w aptece lekow nie bylo, wiec ich nie wykupilismy... zapisalam
dziecko na dzisiaj do innego pediatry i zadowolona pojechalam do domu...
byloby fajnie, gdyby o 21 dziecko moje ukochane nie dostalo ataku kaszlu
straszliwego. kaszlala co 2 minuty (siedzialam przy lozeczku i z zegarkiem w
reku modlilam sie o dluzsze przerwy i spokojny sen), a w koncu obudzila sie z
placzem i uspokoic nie mogla... zaczelam pluc sobie w brode i chodzic cala w
nerwach, ze pani doktor miala racje, a ja chcialam byc madrzejsza i teraz
moje dziecko cierpi...
zadzwonilam do centrum medycznego d lekarza dyzurnego, zapytac, co moge
zrobic, aby dzieku pomoc. i dostalam zjebke tak straszna, ze mnie w dywan
wgniotlo. jaka to ja nieodpowiedzialan matka jestem, jak to ojciec powinien w
srodku nocy po konstancinie i okolicach jezdzic szukac otwartej apteki i tych
lekow, jak to koncza sie takie samowolki rodzicow lekcewazacych zalecienia
lekarskie no i rozne inne przykre rzeczy, ktorych nie uciszylo nawet moje
asertywne 'prosze sie do mnie w ten sposob nie odzywac'. przy okazji jednak
pani doktor rzucila pytanie (jej zdaniem retoryczne), czy posiadamy
nebulizator. odpowiedz brzmiala 'nie' dostalam wiec kolejna zjebke, jak ja
sobie wyobrazam podawanie dziecku tych lekow (co to ich jeszcze nie
wykupilam), skoro nie mam nbulizatora...
tu pania doktor nieco przystopowalo, bo dotarlo do niej, ze zaleceniem
lekarza mialam w taki mroz dwa razy dziennie jezdzic z dzieckie po 30 km w
dwie stony. z dzieckiem, ktore podobno mialo skurcz oskrzeli. wiec dla
odmiany uslyszalam, zebym absolutnie nie wykupywala tych lekow, bo nie mam
ich jak dziecku podac, a takie jezdzenie mija sie z celem... na moje
pytanie "to co w takim razie mam robic???? (w koncu wrzask byl o
niewykupienie lekow!)" uslyszalam - badac dziecku ilosc oddechow, a jesli cos
pania zaniepokoi - zamowic wizyte domowa...
no to rano odwolalam umowiona wczoraj wizyte kontrolna a zamowilam lekarza do
domu. czekalismy 6 godzin. pani doktor wlasnie niedawno wyszla. skurczu w
oskrzelach brak. szmerow brak. kaszel meczacy spowodowany katarem. stosowac
eurespal, clemastin, mucosolvan i w czwartek dziecko moze isc do zlobka
(oczywiscie, jesli bedzie sie dobrze czulo)...
i tak - z jednej strony ulga, ze dziecko sie na smierc nie zadusi, a moja
decyzja o dodatkowej konsultacji i wstrzymaniu sie z wykupieniem lekow byla
sluszna. z drugiej - mam ochote ich udusic!
a wiecie, co najbardziej mnie dobija? ze jak Darek poszedl wczoraj wykupic te
recepcte do jedynej czynnej apteki w poblizu centrum medycznego, uslyszal od
pani magister taki tekst "o, to juz kolejna dzisiaj recepta z centrum
medycznego na te leki. i chyba nawet od tego samego lekarza" - to co, pani
doktor tak hurtem sterydy wszystkim wypisuje????
to teraz ja cos na uspokojenie poprosze....
musialam sie Wam wyzalic