Ano... sytuacja finansowa moich Rodziców zmusiła ich do zamknięcia księgarni i
zmiany branży... Decyzja była trudna i okupiona łzami, żalem i długotrwałym
wahaniem, ale zapadła. Kamień mam wielki na sercu...
Chciałam Wam o tym napisać jak już cały proces transformacji się zakończy, ale
rogorzała burza na innym forum i sama nie wiem czy mam się śmiać czy płakać.
Chyba potrzebuję Waszego wsparcia...
Czytam te posty i mam ochotę wykrzyczeć na całe gardło: ludzie, nie macie
pojęcia, jak oni ciężko pracowali, żeby tę księgarnię ratować. Była wszak
integralną, jakże ważną częścią naszego życia. Spędzali tam czas od świtu do
nocy przez tyle lat, harowali jak mrówki, nie dojadali, wszystkie zaskórniaki
i tak w końcu "wrzucali" w zakup nowych towarów. Przez pierwsze 5 lat po
prywatyzacji nie byli w ogóle na urlopie! Sami przywozili książki, sami
prowadzili księgowość, bywało, że i sami stali za ladą.
A jednak obroty spadają systematycznie od 5 lat (przed Świętami utargi były
niemal 10-krotnie niższe niż kilka lat temu!!! a to przeciez najlepszy czas z
punktu widzenia sprzedawców...). To smutne, ale mimo starań mielismy coraz
więcej klientów, którzy oglądali książki, a coraz mniej kupujących.
Proponowałam Rodzicom, żeby zlikwidowali księgarnię i całkowicie zniknęli z
pola widzenia. Emerytury wystarczyłyby im na spokojne, dostatnie bytowanie, a
oni wystarczająco się już w życiu napracowali. Czas na relaks.
Ale moi Rodzice są prawdziwym przykładem pracoholików. Muszą działać, być w
ruchu, mieć kontakt z ludźmi. Przeszło nam przez głowę tysiące opcji. Bilismy
się z myslami ponad rok. cała rodzina zaangazowana była w myślenie o
przyszłości. Boże, kochalismy tę księgarnię (była ich trzecim dzieckiem , he
he moja siostrą?

Ale widziałam ich wyczerpanie, rozgoryczenie, kiedy patrzyli na te pustki w
księgarni (choc to taki dobry punkt, a oni wciąż obniżali marżę...).
W końcu mama zadecydowała, że jesli ma dalej prowadzic jakikolwiek interes, a
ma jej to przynosić choć odrobinę satysfakcji (co jest arcytrudne po
książkach...) to nie może zacząć handlować kanapkami, pietruszką czy wódką...
Powinna to byc elegancka konfekcja dla kobiet. "Na tym się mniej więcej znam.
Lubię to" - argumentowała. "A książki? Żal mi ich, ale prawdę mówiąc, może
dopiero teraz znajdę czas na ich czytanie..." I prawda to - jest jedną z
najelegantszych pań po 50., jakie znam. A co do lektury - faktem jest, że
dziesiątki książek odkładała "na urlop", choć niemal każdą, którą przyjmowała
w księgarni brała do ręki, opisywała dla klientów...
Zamarzył się jej mały salonik mody, z miłą, domową atmosferą, kawą, babcinym
ciastem, stałymi klientkami. Sklepik z modą klasyczną, klasyczno-sportową,
ręcznie robioną dzianiną. Wszystko ze smakiem, szykowne...
Dostała nowy zastrzyk energii, kupiła manekiny, zrobiła przymierzalnie... Od
jutra w lokalu remont, a tam na forum tyle złośliwych opinii...
Nie jestem obiektywna. Przecież nie mogę być. Serce się kraje.
dzwoniłam do nich. jakoś się trzymają i z podniesioną głową przyjmuja nowe
wyzwanie.
Powiedzcie proszę, co na ten temat sądzicie.
wklejam linki
miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34862,3152153.html
są też komentarze tutaj
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=296&w=36411849&a=36411849