Gość: guest
IP: *.*
05.09.02, 15:22
Po narodzinach dziecka przychodzi taki czas gdy należy wybrane imię nadąć oficjalnie, zgodnie z obowiązującym w tym kraju prawem. W wyznaczonym dniu o właściwej godzinie stawiłem się w wyznaczonym, jednym z Warszawskich, urzędów stanu cywilnego (USC). Jako Polak i osoba szczególnie ceniąca tradycje postanowiłem dziecku nadać dwa słowiańskie imiona – pierwsze popularne, ogólnie stosowane; drugie – rzadkie ale za to z bogatym rodowodem... Po dokonaniu wszelkich opłat (w znaczkach skarbowych – 5 zł + 0,50 za miejsce rejestracji po za W-wa + 0,50 co wyjdzie później) wypełniłem właściwy wniosek i tu zaczęły się schody... O ile Sławomir na pierwsze przeszło bez większego echa o tyle Jarowit wzbudziło pewną konsternacje urzędniczki. Sięgnęła do spisu imion obowiązującego w tym urzędzie a nie znalazłszy go w te pędy pobiegła do swojego szefa („gdyż takie, tylko on może zatwierdzić...”. Tenże przyleciał do mnie, a że jestem niepozornej postury a dodatkowo żem człowiek młody, szanowny pan szef kategorycznie obwieścił, że takiego imienia nadać nie mogą. Zachowując spokój (choć przyznam ze było ciężko) zapytałem na jakiej podstawie skoro imię nie jest ani obraźliwe, ani ośmieszające, nie zawiera X’a, do tego jasno określające płeć oraz mające długą tradycje w naszej historii. Tu szef USC zmiękł i zmienił front pytając skąd mi do głowy w ogóle przyszło takowe imię i czy mogę to jakoś udokumentować... odesłałem go do Etymologicznego słownika jez. Polskiego autorstwa A. Brucknera. Najwyraźniej szefostwo USC nie musi się dokształcać i wykazywać znajomością opracowań w dziedzinie zatrudnienia nawet takich międzynarodowych sław jak A. Bruckner bo zażądał okazania niniejszego dzieła. Cóż, z założenia petent to kłamca i lawirant, lecz nie pozwoliłem sobie by jakiś urzędniczyna dyktował mi jak mam nazwać własne dziecko. Wsiadłem więc w samochód, wróciłem do domu, odnalazłem właściwy akapit i jeszcze togo samego dnia ponownie zawitałem do pań z USC. Oczywiście, mogłem zażądać owej odmowy na piśmie (co mi ustawowo przysługuje - lecz niestety mało kto o tym wie, a w USC dyskretnie się o tym nie wspomina). Po uważnym zlustrowaniu mojego egzemplarza słownika (chyba nie sądzili, że w tak krótkim czasie zdołałem wydać wielostronicowe dzieło?), zkserowaniu okładki, strony tytułowej i właściwej strony z imieniem (to za to kolejne 0,50 zl) – czyli w konfrontacji z faktem „czarno na białym”, nasz gorliwy i dbający o właściwe nazewnictwo szef USC nie miał już nic do powiedzenia i zostałem wreszcie ojcem, pierwszego w tym urzędzie, Jarowita. Przyznam, że duma z owego faktu była wystarczającym zadośćuczynieniem wszelkich niedogodności. Warto było... A o to konkluzje jakie nasuwają się po całym tym zabiegu: - Pragniesz nadać rzadkie imię? Wpierw zaopatrz się w odpowiednie źródła i wiedzę z tego zakresu. Nie licz na to, że USC cokolwiek Ci ułatwi. - Prawdopodobnie USC niechętnie uznaje imiona, których nie posiada w swym spisie, gdyż rejestracja takowego wiąże się z wciągnięciem owego imienia do wspomnianego już spisu – a po co robić sobie dodatkową robotę? Łatwiej petenta zniechęcić na dzień dobry obwieszczając mu, że danego imienia nie ma, nie było i nie będzie... bo z takowym się nie spotkali. - Łatwiej i bez żadnych problemów nadać jest imię obce (najlepiej wywodzące się z tradycji judeochrześcijańskiej jak np. Józef czy Maryja) niż rodzime słowiańskie, których ilość w najprostszych odmianach sięga prawie pół tysiąca. Ciekawy jednak aspekt czy uznali by imię Jezus – wszak nie zawiera X’a, nie jest w żadnym razie obraźliwe a tym bardziej wulgarne, jest popularne i ogólnie znane a tym samym łatwe do udokumentowania... Imię zaś to nie nazwisko, które można zastrzec jak się to ma np. w przypadku sławnych ludzi czy koronowanych głów. Tylko głupi by było potem na ulicy do dziecka krzyknąć: ”Jezus! Ty wstrętny bachorze, wracaj tu natychmiast bo ci dupsko spiorę!” - Potwierdzenie imienia w oparciu o publikacje tradycyjną (druk na papierze) w dobie społeczeństwa informacyjnego gdzie rola publikacji w formie elektronicznej jest coraz powszechniejsza powoli traci chyba sens... - Satysfakcja z wprowadzenia na nowo zapomnianego imienia wywodzącego się z naszej słowiańskiej tradycji rekompensuje wszystko. To niemal jak nasza osobista, drobna cegiełka, wniesiona na rzecz naszej rodzimej tradycji.