daga_j
06.05.09, 15:46
Co byście zrobiły na moim miejscu i czy dobrze czy źle postąpiłam?
Sytuacja ma się następująco:
Mam 5 latkę chodzącą do przedszkola oraz 1,5 rocznego synka, który jest ze mną
w domu. Mąż wraca z pracy dopiero o 18 więc nikt mi nie pomaga przy dzieciach
w ciągu dnia. Nie mam zaprzyjaźnionej sąsiadki ani nikogo dobrze znanego, kto
na dodatek byłby skłonny poświęcić mi trochę czasu. Rano na 9 zaprowadzam
córkę do przedszkola, a odbieram ją teoretycznie o 14:15 po podwieczorku. W
naszym przedszkolu grupa działa tylko do 15:30 ale powiem Wam, że o 15 to już
nie ma tam dzieci. Moja córka ma już jakieś koleżanki, dobrze się bawi, ale
ciągle nie pała entuzjazmem na temat przedszkola, czasem mówi, że nie chce
chodzić, bardzo przeżywa wszelkie niepowodzenia jak np. kłótnia z koleżanką,
zdenerwowany głos pani. Ale sama zgodziła się chodzić do podwieczorków bo
kiedyś odbierałam ją po 12 po obiadku. Jednak zależy mi by chodziła dłużej, bo
ma te koleżanki, jakby nie chodziła to one by się bardziej zaprzyjaźniły z
innymi i mogłaby moja poczuć się czasem odtrącana. Poza tym ja nie mogę jej
poświęcić wiele uwagi w godzinach 12-14, bo synek wtedy śpi, trzeba być w
miarę cicho, ja lubię wówczas się zrelaksować przy kawie i forum, albo
ugotować obiad - jak Emi jest wtedy w domu to się nudzi. Więc najlepszy układ
jest taki, że synek śpi 12-14 i o 14:15 idziemy do przedszkola po córcię, mamy
dosłownie dwa bloki dalej to przedszkole. Nie chcę odbierać córki później jako
jedna z ostatnich, bo nie pracuję zawodowo, mam tak blisko, a odbierałabym ją
jako ostatnie dziecko? Jak czasem jestem później to córka jest zmartwiona, że
tak długo musiała czekać a wiedząc, że to wrażliwe dziecko jest mi przykro i
nie chcę do tego doprowadzać. Problem w tym - tu sedno sprawy - że synek lubi
pospać dłużej. Serce mi się kraje jak muszę go budzić by ubierać, zaciągnąć do
przedszkola po siostrę i zaraz wrócić. On płacze taki rozbudzony, ubieram go
to przelewa mi się przez ręce śpiący, w końcu wybudzony płacze aż niosę go do
przedszkola (do wózka nie chce), uspokaja się na miejscu i wszyscy pewnie
wokół myślą jaki fajny miły chłopczyk, a nie wiedzą, że on jeszcze przed
chwilą słodko spał i biedaczek płakał wybudzony przez wlasną matkę. Mnie
bardzo cieszy jak on śpi ponad 2 godziny, pierwsze dziecko tak nie miało, to
dla mnie cudowna odmiana, że mam śpioszka, on wypoczywa, ja też, wszystko jest
super, gdyby nie to odbieranie z przedszkola. Nie raz stałam nad nim i płakać
mi się chciało - budzić, nie budzić? Tak źle i tak niedobrze. Zawsze byłam
przeciwna zostawianiu dziecka samego w domu, nawet na przysłowiowe 2 minuty.
Ale w tej sytuacji zaczynałam kombinować w myślach, przecież tak mocno śpi,
odbiorę ją w maksymalnie 7 minut, będę z powrotem - wilk syty i owca cała -
kusiłam się. Ale przecież mam inne zasady! Boję się o jego płacz i smutek, że
nie ma mamy w domu jeśli się obudzi, boję się o zakrztuszenie, w przewrócenie
i uderzenie w głowę, boję się o zatrzaśnięcie drzwi (tj. zepsucie zamka), o
to, że przejedzie mnie samochód na tej wąskiej ale bardzo osiedlowej dróżce.
Ale z drugiej strony - jak idę z dziećmi to też może mnie coś przejechać, mogę
zasłabnąć i co wtedy z dziećmi? Jakby nikogo nie było w pobliżu to co zrobi
taki 1,5 roczny chłopaczek, zgubi się jeszcze (gdybym szła bez starszej
córki), wejdzie na ulicę, nikt nie będzie wiedział co to za dziecko! A w domu
nawet jak mi się coś stanie na zewnątrz a on byłby sam, to może większe szanse
przetrwania? Wychodzę powiedzmy o 14 i nie wracam. Mąż wraca o 18 więc to
"tylko" 4 godziny ewentualnej samotności w domu, a pewnie mniej bo po 15
przedszkole by alarmowało (tel. do męża mają), że nikt nie wziął dziecka i
rodzina by zaczęła mnie szukać i myśleć co z synkiem co nie.
Podjęłam decyzję - zostawię synka w domu i polecę po córkę jeśli po 14 nadal
będzie spał. Dziś spał. Usunęłam wokół wszystko co niebezpieczne (potencjalnie
bo jak dziecko samo to i zabawka może stać się wrogiem..), cichutko wyszłam
nasłuchując, serce biło mi jak dzwon. Cisza. Pobiegłam szybko, wzięłam córkę,
jeszcze czekałam jak mi pani wytnie wierszyk do nauczenia, do szatni, pomogłam
jej ubrać buciki cała w nerwach, za rękę i lecimy do domu. Pod drzwiami byłam
po 5 minutach od wyjśćia autentycznie. Słyszę płacz synka, zdenerwowałam się,
że jednak się obudził! Ale nie był to płacz wniebogłosy. Otworzyłam drzwi i
widzę, że mnie szuka, wyszedł właśnie z sypialni, ale sądzę, że tam szukałby
mnie najpierw czyli obudził się przed chwilą chyba, nie obszedł jeszcze całego
mieszkania i nie zdążył przerazić się stwierdzeniem, że Mamy nie ma! No to
dobrze, przytuliłam go i starałam się opanować nerwy wewnętrzne. Może płakał
nawet krócej niż zazwyczaj jak go budzę na siłę i z nim idę po siostrę?
Uspokoił się bardzo szybko i zaczął bawić więc nie przeżył tego dramatycznie,
ja gorzej. Trzęsłam się jeszcze długo zastanawiając czy dobrze postąpiłam?..
Staram się kłaść go spać przed 12, by do 14 się wyspał ale wiecie, nie zawsze
to się uda, on nie jest śpiący na zawołanie a i nie wiem ile danego dnia ma
ochotę spać - dwie godziny do dobić prawie do trzech?
Co mi radzicie?