skogkatten
09.11.09, 12:19
Gryzę to w sobie od jakiegoś czasu, może próba wyartykułowania tych emocji coś
pomoże... Mam syna, prawie 5-letniego, który staje się dla mnie coraz bardziej
obcy, czuję, że nie mam mu już nic do zaoferowania, moja rola ostatnio polega
głównie na strofowaniu go, popędzaniu, upominaniu. Nie mam do niego
cierpliwości, nie przyglądam mu się już z zachwytem gdy śpi, nie przytulam.
Chyba zaczęło się to (a może raczej nasiliło) gdy dowiedziałam się, że drugie
dziecko, które niedawno urodziłam to też chłopiec. Wyszło ze mnie wtedy
ogromne rozczarowanie, sama nie byłam świadoma, że tak bardzo zależało mi na
córce. I nie chodzi tu o różowe sukienki, warkoczyki itp. Chodzi o to, że
chłopiec, nastolatek, dorosły facet, to dla mnie totalnie obcy świat. Myślę,
że dla dziewczynki potrafiłabym być lepsza matką, na jej dorastanie chyba
wręcz czekałabym w nadziei na relację trochę przyjacielską, taką jakiej ja z
własną mamą nie mam. A z chłopcem? Nie znajduję wspólnego języka.
Na szczęście Mały ma świetnego tatę, który wspaniale potrafi spędzać z nim
czas (ja nigdy nie lubiłam ani specjalnie nie umiałam się z nim bawić), ale
koszmarnie się czuję na myśl, że moja rola jako matki ogranicza się do
urodzenia i wykarmienia.
Nie wiem właściwie po co to piszę na forum, pewnie zaraz na mnie naskoczycie,
z resztą może to nawet lepiej, może pomoże mi to jakoś się otrząsnąć, bo z
pewnością nie możecie potępiać mnie bardziej niż ja siebie.
Zastanawiam się tylko, czy mogę coś z tym zrobić, czy jakaś terapia jest w
stanie coś tu zmienić? Szkoda mi tych moich dzieci...