mimka23
03.12.09, 20:36
Pode mną mieszkają studentki, dziewczyny rozrywkowe, potrafiące imprezować dość głośno w środku tygodnia w nocy. Nigdy im nie zwróciłam uwagi, nie zadzwoniłam na policję, nie waliłam w rury, mimo, że muzyka potrafiła dudnić na maxa o północy. Natomiast dla nich problemem stał się mój syn niespełna dwuletni, bo ośmiela się w biały dzień tupać po mieszkaniu, piszczeć i rzucić czasem zabawką. Od paru dni za każdym razem gdy mały zahałasuje, któraś z nich zaczyna walić w kaloryfer... Ma to miejsce nawet kilkanaście razy dziennie. Przecież nie uwiążę dzieciaka i nie zaknebluję. Tym bardziej, że te hałasy nie obejmują ciszy nocnej (mały wstaje przed 8 i o 20 idzie spać). Przyznam, że nie mam w mieszkaniu dywanów i zapewne wszelkie odgłosy bardziej słychać, ale to ze względu na moją alergię. Kulturalna rozmowa nie wchodzi w grę, bo parę razy gdy mąż bawił się z synem któraś z nich weszła do łazienki i potrafiła krzyknąć: "zamknąć mordy ku...!". Czy we własnym mieszkaniu muszę chodzić na paluszkach? Miałyście podobne problemy z sąsiadami i jak je rozwiązałyście?