Żyje w locie

20.01.10, 19:46
Żyje w biegu w ciągłym locie i mam tego serdecznie dość.Zaczynam od poranka
który jest dla mnie koszmarem bo z powodu braku czasu nie moge żadnej
czynnosci wykonac dokładnie na spokojnie, mimo że wstaje bardzo wczesnie bo
przed 6
W kilka minut układam włosy ,w 3 minuty robie cos ala makijaż , wrzucam coś na
siebie , wszytko byle jak byle migiem ,nie wyglądam tak jak bym chciała ,jem
szybko śniadanie w miedzy czasie łykam kawe , budzę dziecko ,w locie je
ubieram , w locie myje , w locie odprowadzam do przedszkola dosłownie je tam
wrzucając i tak jestem w pracy na styk z wywieszonym jęzorem. W pracy mam
szefową która narzuca mega tempo , wciąż patrzy ile czego robimy na minutę
,efekt taki że każdy w zespole pracuje na ilośc nie na jakość nie ważne że
wszystko jest byle jak i mało starannie ją interesuje ilośc. Jestem dobita bo
mam nature perfekcjonisty a aby być starannym dokładnym potrzeba jest odrobina
czasu , wciąż jestem ze swojej pracy niezadowolona , wciąż mam wrażenie że w
tym tempie na pewno gdzieś coś przeoczyłam itd a całośc wygląda byle jak.
Wracam do domu szybko obiad i wreszcie zwalniam na chwile uffff
ale nie na długo bo od rana znów kołowrotek.
Męczę sie jak cholera z powodu tego tempa , chciałabym móc wykonywać obowiązki
na spokojnie bez pośpiechu ,dokładnie , porządnie. Czy któraś z Was ma podobnie?
    • ajxx73 Re: Żyje w locie 20.01.10, 19:50
      Witam. No to jesteśmy dwie. Mam to samo...Pozdrawiam.
      • estragonka Re: Żyje w locie 20.01.10, 20:16
        ajxx73 napisała:

        > Witam. No to jesteśmy dwie. Mam to samo...Pozdrawiam.

        trzy...

        mam to samo (wstaje jeszcze wczesniej), do tego studia w kazdy weekend...
        • elejna Re: Żyje w locie 20.01.10, 20:22
          I też wszystkie czynności wykonujecie byle jak przez brak czasu?
          Męczy mnie to że wyglądam niestarannie ,że dziecko wrzucam do przedszkola
          ,gdybym jeszcze w pracy miała spokój , niestety tez kołowrotek sad
          • marripossa Re: Żyje w locie 20.01.10, 20:40
            No to wychodzi, że trzeba wstać wcześniej sad
            Ja wstaję o 6:30 i mam 45 minut tylko dla siebie. W tym mi się
            mieści prysznic, wysuszenie i ułożenie włosów, makijaż oraz
            przygotowanie śniadania oraz jedzenia do pracy i szkoły. O 7:15
            zaczynam zwlekać nastolatka z łóżka i jak już łaskawie raczy wstać,
            to wtedy jego kolej na ogarnięcie się i zjedzenie śniadania.
            Wychodzimy parę minut po ósmej.
            • aniadawid1 Re: Żyje w locie 20.01.10, 21:01
              wstaje przed 5 bo o 6,30 musze być w pracy a dojeżdżam godzinę, mama
              przed swoją pracą zaprowadza mi dziecko do przedszkola bo ja bym nie
              zdążyła do pracy (przedszkole jest od 6) w pracy zapieprz, po pracy
              zanim wrócę, po drodze zakupy, po psa (mieszkam na 4 piętrze bez
              windy)i do przedszkola to w domu jestem 16-16.30, sama wychowuję
              dziecko, więc muszę zrobić obiad, pomyć naczynia, ogarnąć dom,
              wyprasować rzeczy na następny dzień, przysiedzieć z dzieckiem nad
              czymś (zadania/ćwiczenia/zabawa) umyć włosy (niestety tak mi się
              przetłuszczają że muszę codziennie) czasami pranie, robi się
              wieczór, kolacja, mycie, wyjście z psem i tak z godzinkę przed snem
              mam dla siebie (chodzę spać ok 21,30) w piątki jeżdżę z synem na
              basen, wiosną, latem i jesienią jak jest ładna pogoda trzeba
              jeszcze dodać pobyt z dzieckiem na dworze (ma 6 lat i jeszcze nie
              może być sam) więc też tak od kilku lat w ciągłym biegu, nogi mi
              wysiadają (praca też stojąca), jak mam szczęście to w drodze do
              pracy i z pracy usiądę w tramwaju i aż mnie szlag trafia jak
              słyszę "jaka ta młodzież niewychowana (nieważne,że mam 30 lat)" bo
              nie wstanę gdy starsza osoba stoi, no chyba, że widzę, że naprawdę
              musi usiąść, to nie kwestia tego, że jestem źle wychowana, gdy się
              uczyłam (w szkole siedziałam, po szkole też nie było tyle
              obowiązków) to nawet nigdy nie siadałam, ale teraz poprostu muszę
              trochę pomyśleć też o sobie

            • estragonka Re: Żyje w locie 20.01.10, 22:20
              marripossa napisała:

              > No to wychodzi, że trzeba wstać wcześniej sad
              >

              yyyyyyyyyy, czyli o 4.30 w moim przypadku...?
          • estragonka Re: Żyje w locie 21.01.10, 13:17
            elejna napisała:

            > I też wszystkie czynności wykonujecie byle jak przez brak czasu?
            > Męczy mnie to że wyglądam niestarannie ,że dziecko wrzucam do przedszkola
            > ,gdybym jeszcze w pracy miała spokój , niestety tez kołowrotek sad

            ja sie wcale nie maluje, gdybym sie jeszcze malowala i jadla sniadanie w
            odmu/pila kawe to nie wiem o ktorej musialabym wstac... do pracy mam na 7, wiec
            i tak wstaje ok 5.30, a czas mam tylko na umycie sie, umycie i wysuszenie wlosow
            (musze troche je ulozyc i niestety nie moge umyc dzien wczesniej bo rano
            wygladam koszmarnie, kazdy klak w inna strone...), corke budze na szybko, nie
            jemy sniadania itp.

            z ubieraniem tez mam podobnie - musze 'jakostam' wygladac bo stanowisko mam
            takie jakie mam, ale przez pare lat pracy nie zmusili mnie do ciaglego
            nakladania szpilek i kiecek, zeby sie tak wyszykowac musialbym chyba wszystko
            szykowac dzien wczesniej wieczorem, a brak mi samozaparcia i wieczorem jestem
            tak nieprzytomna jak rano najczesciej...

            nienawidze rano wstawac sad
    • sanna.i Re: Żyje w locie 20.01.10, 20:44
      Mam podobnie, ciągła pogoń.
      • pyska_1983 Re: Żyje w locie 20.01.10, 21:01
        Ja tak samo miałam smile wszystko w biegu, poranki makabryczne, pobudka, prysznic,
        cała reszta i kawa (na śniadanie dla mnie za wcześnie), później praca - to
        dopiero tempo... Wykańczałam się tam, a też jestem perfekcjonistką, moja praca
        wymagała ode mnie bezwzględnego zaangażowania, a i tak przeważnie nie było jak
        bym chciała. Później szybko powrót do domu (zdarzało się, że nie było mnie po
        30h), jakieś obowiązki typu pranie itp, lekcje z dzieckiem (obiady je w szkole,
        więc nie gotowałam), moje ciało i umysł odmawiały posłuszeństwa, a jeszcze do
        tego te studia (ja miałam zjazdy co drugi weekend + piątki)... Kończyło się to
        bólami brzucha, mdłościami i różnymi próbami buntu ze strony organizmu. I tutaj
        nagle... ciąża... Wszystko się zmieniło, dosłownie wszystko (prócz poranków
        niestety). Pracę zaczęłam delikatnie olewać, wychodzić punktualnie (dla mnie
        szok!!!), co się wiązało z wolnymi popołudniami, spokojnym wykonywaniem
        obowiązków i wczesnym chodzeniem spać... Zobaczyłam, że jednak tak można, ale
        fakt że w pracy miałam taryfę ulgową, a ze studiów zrezygnowałam żeby oszczędzić
        sobie stresów. Odkąd urodził się mój drugi synek i przestałam pracować poczułam
        że żyję, ile traciłam z życia starszego syna uganiając się za wtedy ważnymi
        wydawało się rzeczami. W końcu to na mnie spoczywa obowiązek utrzymania rodziny,
        więc trzeba było. Ja sama bardzo się zmieniłam, wyciszyłam, zaczęłam inaczej
        patrzeć na wszystko, zdystansowałam się, trudno mnie wyprowadzić z równowagi.
        Ale to się kiedyś skończy i muszę na tyle nauczyć się żyć inaczej, żeby nie dać
        się znowu wciągnąć w ten zatruty wir, jaki funduje Nam życie, tym bardziej, że
        otwieram swoją działalność. Mam nadzieję, że ten spokój, który sobie miesiącami
        wypracowywałam przyniesie jakieś efekty. Myślę, że na pewno bym musiała
        wcześniej wstawać, żeby nie zaczynać dnia od razu od pogoni i się zdystansować,
        żeby przestać się ciągle zastanawiać nad tym, że to zadanie mogło być lepiej
        wykonane.
        Pomyśl nad tym, wiem że Nam perfekcjonistom ciężko przymykać oczy, ale jeśli
        Twoje kierownictwo uważa, że jest ok, to Ty też zacznij, a przynajmniej spróbuj.
    • mamma1975 Re: Żyje w locie 20.01.10, 21:05
      Niestety mam to samo, wszystko "na czas". Nic nie robię powoli, wszystko
      wyliczone ile mogę przeznaczyć czasu, żeby zdążyć. Jest to naprawdę straszne, bo
      jestem z natury perfekconistką i bardzo mnie męczy taka niedokładność i robienie
      "na odwal". Ale dla mnie doba ma za mało godzin...
      • estragonka Re: Żyje w locie 21.01.10, 07:50
        mamma1975 napisała:

        > Niestety mam to samo, wszystko "na czas".

        wiecie co jest dla mnie najsmutniejsze..? jak lapie sie na spacerze na tym ze
        zamiast isc spokojnie, patrzec, ogladac, gadac (bo po to jest spacer w koncu)
        zdaza mi sie zawiesic i jak sie odwiesze to dziecko popedzam, bo sie przeciez
        SPIESZYMY jak zawsze. a tu zonk, bo my sie nie spieszymy bo jestesmy na spacerze...

        a z przyzwyczajenia tylko szybko szybko szybko bo nie zdazymy, bo sie spoznimy,
        bo ktos czeka, bo to, bo tamto.... czasem naprawde rzygam tym.

        ale wyboru zbyt duzego nie mam.
    • margerytka69 Re: Żyje w locie 21.01.10, 00:08

      jeśli rzeczywiście jesteś kbietą, to powinnaś napisać,że masz naturę
      perfekcjonistKI, a ne perfekcjonistY - rozumiesz? rodzaj męski i
      żeński rzeczowników

      poza tym, ja wstawałam o 5.15 jak moje dzieci były mautkie, a do
      pracy miałam na 8.30

      Ty masz tylko jedno dziecko, ja dwoje, i też do żłobka je
      zaprowadałam

      rano miałąm czas na wszystko, makijaż super, ubranie zawsze staranie
      dobrane, dzieci uyte, nakarmione, jeszcze obiad doańczałam przed
      wyjściem do prac

      a pracę miałam wtedy bardzo odpowiedzialną

      czyli da si, tylko trzeba chcieć smile

      a jak Tobe się nie chce, to nie trzeba było zakładać rodziny
      płodzić dziecka
      • anyx27 Re: Żyje w locie 21.01.10, 00:17
        margerytka69 napisała:
        > czyli da si, tylko trzeba chcieć smile
        >
        > a jak Tobe się nie chce, to nie trzeba było zakładać rodziny
        > płodzić dziecka
        >

        Mnie sie nie chciało, ale dla mnie rodzina to priorytet i nie wyobrazam sobie
        nie zakładać jej. Zmieniłam pracę.
      • poturbowana_przez_los Re: Żyje w locie 21.01.10, 00:20
        No coz. Ja mialam klasuyczna wpadke. Bylam wtedy na studiach, z
        progamami i nie bylo miesjca na dziecko. Po urodzeniu stalam sie
        bardziej zorganizowana. Panuje nad wszystkim, zapisuje co mam
        zrobić, niektore rzeczy robie wczesniej. Grunt to rozpalnowanie
        tego. Dzięki dziecku zaczęlam dorabiać i poczułam z tego
        satysfakcję. Trudno mi jest i bylo pogodzic studia, ale doszlam do
        wniosku, ze przeciez gdybym poszla do pracy, nie byloby mnie dla
        dziecka, a dodatkowo zarobilabym tylko pieniadze, a wyksztalcenie
        wyzsze niepelne mnie nie interesowalo. W tej chwili, tez ze wzgledu
        na dziecko decyduje sie na drugi kierunek. Będę caly czas w domu, a
        wychodzic bede nie do pracy na 8 godzin, a na zajecia na 2,3 godziny
        i to nie kazdego dnia. Nie moglabym zreszta siedziec caly czas w
        domu...
        Mimo wszystko kcoham to, ze naprawde panuje nad swoim zyciem. Mam
        porządek, na zajecia chodze popoludniami, badz ranuiitko w
        zaleznosci od moich potrzeb. Jem normalnie, spie nromalnie imoge
        teraz pisać. Grunt to nie brac sobie wszystkiego na glowe, bo sie
        nie da. Sil wystarczy na gora 2 miesiace, potem clzowiek pada.
      • gryzelda71 Re: Żyje w locie 21.01.10, 12:40
        Jak nie każda kobieta jest szatynka,tak nie każda potrafi tak wspaniale
        zorganizować się jak ty.Ale czy jest zorganizowana to się dowiaduje dopiero w
        odpowiednich sytuacjach.Nie ma jeszcze opcji,żeby wypożyczyć rodzinę i poćwiczyć.
      • ally Re: Żyje w locie 21.01.10, 14:16
        to bosko.
        ale nie każda aspiruje do roli współczesnego stachanowca smile
    • zlosliwe_malpisko Re: Żyje w locie 21.01.10, 10:04
      poranki i popołudnia mam szalone. Wszystko szybko.
      Ale w międzyczasie idę do pracy, gdzie przez 8 godzin śmiertelnie
      się nudzę. Szczerze mówiąc nie wiem co gorsze.
    • renkag Re: Żyje w locie 21.01.10, 12:27
      Ja przeszłam dlatego na pół etatu - 3 dni nadal w pośpiechu - wręcz
      wszystko upycham na te 3 dni. Ale 2 dni - wolność i brak pospiechu.
      Dzieci też inacej znoszą, że mnie nie ma długo w niektóre dni i w
      niektóre weekendy (szkoła), ale wiedzą, że są dni kiedy jesteśmy
      razem bez pospiechu. Jest bosko smile
    • mirkad Re: Żyje w locie 21.01.10, 12:57
      ja tez sie przyłączam
      cały dzień z patrzeniem na zegarek; teraz nawet nie musiałbym aż
      tak pilnować rozkładu dnia ( bo mała podrosła, nie trzba jej już
      rehabilitować 4 razy dziennie), ale tak weszło mi to w krew że
      właśnie jest tak jak powiedziała jedna z przedmówczyń: nie umiem
      już delektować sie spacerem, wszystko biegiem;
      wstaję o 5 rano, kawa, mycie, makijaż, posiedzenie trochę z małą
      (jeśli sie obudzi np. o 6), teraz jeszczę biegnę do kotłowni bo
      małżonek ma rękę w gipsie; o 6.20 wychodzę, po drodze bieżące
      zakupy; w pracy do 14.30, biegiem na autobus; jeśli się nie spóźni
      to w domu jestem ok. 15.20; sprzątanie i mycie garów (teściowa
      siedzi z małą i raczej nie bawi się w sprzątanie); wrzucę jakiś
      obiadek, potem zabawa z małą, w między czasie gotowanie obiadu i
      ogólne ogarnięcie domu; ok. 19 kolacja - co przy moim dziecku jest
      nielada wyzwaniem; potem kąpanie, usypianie; potem robię ostatni
      przelot przez dom, żeby nie wyglądało jak w jaskini i wycieram
      podłogę; ok. 21 powiedzmy mam czas dla siebie, ale tak na prawdę
      padam
    • alabama8 Re: Żyje w locie 21.01.10, 13:36
      Ja kiedyś miałam gorszy kocioł kiedy prowadzałam małego do letniego
      przedszkola. Wstawałam o 4:30 - prysznic, młody był na diecie i w
      przedszkolu mógł jeść tylko swoje żarcie, więc rano robiłam mu
      kanapki na śniadanie, normalny obiad (do odgrzania w przedszkolu),
      podwieczorek, picie - trochę się schodziło. Potem moje śniadanie,
      ubieranie małego.
      O 5:45 mały "na śpiocha" lądował w wózku i potem było już z górki.
      Ponad godzina na piechotę do przedszkola (5 km) - docierałam tam na
      7:00, zaraz po otwarciu. Młody "na śpiocha" lądował na przedszkolnym
      materacu i dosypiał sobie do 8:00.
      O 7:00 startowałam do pracy ... dopiero wtedy zaczynał się dzień.

      Potem powrót - to samo tylko w odwrotną stronę - a że już pędzić tak
      nie trzeba było tośmy leźli 2 godziny i w domu byliśmy na 18-tą ...
      a w drzwiach witała mnie życzliwa sąsiadka-emerytką z propozycją że
      nauczy mnie jak w domu robić oszczędnie pierogi z mięsem. A kiedy ja
      do jasnej anielki mam znaleźć czas na dłubanie w pierogach z
      mięsem!
    • lisaa33 Re: Żyje w locie 21.01.10, 13:57
      miałam tak jeszcze półtora roku temu, wstawałam o 5.45 szybko
      prysznic, ubieranie, makijaż i do pracy. Młodego właściwie
      wychowywała babcia bo ja byłam mama weekendowa a i w weekendy ciągle
      się śpieszyłam żeby nadrobić obowiązki domowe. W końcu odeszłam i
      pracuję blisko domu 3 góra 4 dni w tygodniu. Zaprowadzam młodego do
      szkoły, wracam do domu szykować obiad i sprzątać, odbieram młodego,
      wraca tatuś z pracy i jemy razem obiad no i ja lecę do pracy bo
      najczęściej mam popołudniówki. Teraz jestem zadowolona i mam czas
      nie tylko dla mojego dziecka ale i dla siebie. Mniej zarabiam ale
      pewnych spraw nie można przeliczaćsmile
    • zebra12 Też tak mam 21.01.10, 14:10
      Wstaję codziennie o 5 rano. Ale nie maluję się. Za to muszę wyjść z
      psem, kupić świeże pieczywo, przygotować dzieciom śniadanie do
      szkoły. Dzieci też budze o 5. Same tego chcą. Starsza idzie rano myć
      głowę, potem je i trochę się uczy. Średnia potrzebuje czasu na
      dobudzenie się. Mała śpi dłużej, chyba, że krzątanina ją obudzi.
      Wtedy do nas przychodzi. O 6:15 muszę wyjść na autobus. Potem 10-15
      minut czekam na bus. I przed 8 jestem w pracy. Też padam na ryj.
    • monika_a_b Re: Żyje w locie 21.01.10, 14:49
      Elejna, nie chcę Cię straszyć, ale jeśli tego tempa nie zwolnisz, to
      się w końcu pochorujesz... sad Z Twojej wypowiedzi wynika, że jesteś
      samotną matką, czy tak? Jeśli tak nie jest, to może zaangażuj męża w
      domowe obowiązki? Tak czy siak, może pomyśl nad zmianą miejsca
      pracy? Jeśli chodzi zaś o obiady itp., to może gotuj większe obiady,
      porcjuj je (możesz zamrozić), wtedy nie będziesz musiała codziennie
      gotować. Czy masz kogoś do pomocy przy dziecku? Tak, abyś raz w
      tygodniu miała wieczór dla siebie?

      Pozdrawiam,
      Moni
      • utrzymanka Re: Żyje w locie 21.01.10, 16:09
        Z tego co piszecie, jestescie w domu ok 15, 16h.
        Ja najwczesniej o 19h.
        Nie mam dziecka, ale kupa moich kumpeli z pracy ma. Tez sa zmeczone,
        ale nie narzekaja za bardzo. Wiec tak na pocieszenie - nie macie tak
        zle chyba...........
      • kocuria Re: Żyje w locie 21.01.10, 16:11
        “-Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie: wstaję rano, za
        piętnaście trzecia; latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem
        ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację, więc
        tylko wstaję i wychodzę.
        -No, ubierasz się pan.
        -W płaszcz. Jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
        -Aaa… fakt!
        -Do pekaes mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest pekaes.
        -I zdanżasz pan?
        -Nie. Ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i nie zatrzymuje
        się.
        -He, he, he, he.
        -Przystanek idę do mleczarni — to jest godzinka. Potem szybko wiozą
        mnie do Szymanowa (mleko, wisz pan, ma najszybszy transport, inaczej
        się zsiada). W Szymanowie zsiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na
        Ochocie w elektryczny i do Stadionu, a potem to już mam z górki. Bo
        tak: 119, przesiadka w trzynastkę, przesiadka w 345 i jestem w domu,
        znaczy — w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam
        kwadrans — to sobie obiad jem w bufecie. To po fajrancie już nie
        muszę zostawać żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra dwudziesta
        druga pięćdziesiąt jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę
        spać.” ( Bareja )

        : ) )
Pełna wersja