sarah.connor
08.03.10, 08:15
Mam męża i dwóch synów: 8 latka z tego małżeństwa i 15 latka z
poprzedniego. Starszy syn do (formalnie) ojczyma mówi tato, mąż
wychowuje go od kiedy syn skończył rok. Swojego biologicznego ojca
nie pamieta - "tatuś" uznał, że małżeństwo i ojcostwo go przerasta,
zaczął pić, więc nie miałam wyjścia - walizki za drzwi i więcej go
nie widzieliśmy. Alimentów oczywiście też nie płaci, ale ja traktuję
to jako cenę za święty spokój.
Pomimo tego, że mąż wychowuje syna prawie od samego początku, nigdy
go nie adoptował (usynowił, czyli dał swoje nazwisko, żebysmy
wszyscy tak samo się nazywali). Ja nie nalegałam, bo chciałam, żeby
to była tylko i wyłącznie jego decyzja, chociaż mam żal, że jednak
tego nie zrobił.
Mąż jest cudownym ojcem.... ale dla małych dzieci, tak do 3-4 roku
życia: przy obu synach ten sam scenariusz - zabawy godzinami,
zainteresowanie, wspólne spędzanie czasu, a od czasu pójścia do
szkoły - totalny brak zainteresowania ze strony taty. Liczą się
tylko lekcje, stopnie, szlabany, zakazy itd. Żadnych wspólnych
zajęć: muszę błagać, żeby wybrali sie razem na basen, albo wyszli
pograć w piłkę.
Młodszy uczy się świetnie, lubi chodzić do szkoły, więc konfliktów
większych nie ma. Za to ze starszym - awantury są codziennie. I nie
chodzi mi o to, że starszy syn kiepsko sie uczy, ale o stosunek męża
do niego: czasami mam wrażenie, że najchętniej zakazałby mu
wszystkiego. Ma sie tylko uczyć, uczyć, uczyć. Poza tym mąż go
wyśmiewa, poniża i dręczy psychiczne. A. jest trudnym dzieckiem -
wybuchowy, impulsywny i dotarcie do niego nie jest takie proste.
Trzeba mnóstwa miłości i dyplomacji. Ale za to jest radosny i
szczery i kocha bezgranicznie, jeśli ktoś mu pozwoli.
Kilka lat temu chodzilismy na terapię rodzinną, ale bez większych
rezultatów. Jeżeli chce się mieć efekty - trzeba pracować i chcieć,
a ze strony męża ochoty na zmianę sytuacji nie widzę. Niby
deklaruje, że chciałby to zmienić, ale nic w tym kierunku nie robi.
Jednym z pomysłów terapeutki na naprawę sytuacji było wspólne
spędzanie jednego popołudnia w tygodniu przez męża i A. Taka męska
wyprawa. Wyszli trzy czy cztery razy. Płakać mi się chce, kiedy
widzę, jak syn prosi męża o pojechanie z nim do sklepu, żeby
pooglądać gadżety komputerowe, czy o wspólne wyjście do kina i za
każdym razem słyszy odmowę. Wyjście z mamą, która nie ma zielonego
pojęcia o technice już nie jest takie atrakcyjne.
Próbuję zrobić kolejne podejście, szukam psychologa, który mógłby
nam pomóc, ale to trudne - jeżeli nie mogę sobie pozwolić na
kilkaset złotych miesięcznie za terapię.
Kocham męża i nie odejdę od niego, ale kocham też syna i muszę go
chronić. Mąż i ja zaczynamy coraz częściej się kłócić, bo staję w
obronie syna i nie pozwalam go wysmiewać i poniżać. Co jeszcze mogę
zrobić?
Nie chę doprowadzić do sytuacji, kiedy odseparuję syna od męża, bo
wtedy moje małżeństwo się rozpadnie. Zawsze stanę po stronie syna.