Zbliża się sezon urlopowy. W pracy mam trzy bliskie współpracownice, z którymi
pracujemy na zmianę. Na urlopy też chodzimy na zmianę. Nieobecność więcej niż
jednej odpada. I właśnie zauważyłam, że dziewczyny pozaznaczały sobie urlopy.
Ostatnio jedna się mnie pytała, kiedy zaznaczam, bo one już się szykują.
Powiedziałam, że termin mi w zasadzie obojętny. Dobrym zwyczajem u nas było,
że w lipcu i sierpniu każda brała dwa tygodnie i wakacji dla każdej starczało.
Jeszcze dzieliłyśmy jakoś czerwiec i było ok. Tym razem panie pozaznaczały
sobie jedna cały lipiec i kawałek czerwca, druga pół sierpnia i kawał czerwca.
Trzecia normalnie, pół sierpnia. Dla mnie zostawiły po trzy dni między swoimi
urlopami. W tym roku wrzesień mnie nie urządza, bo dziecko idzie do
przedszkola. Koleżanki wszystkie bezdzietne w dodatku. Nie twierdzę, że
bezdzietne mają jeździć na urlopy poza sezonem, ale dwa tygodnie wakacji dla
każdego to chyba jest dobry układ. To miałam na myśli, kiedy mówiłam
koleżance, że termin jest mi obojętny - wszystko mi jedno, która część lipca
czy sierpnia mi przypadnie. Będę gadać z koleżankami, tak tylko chciałam to z
siebie wyrzucić, bom wkurzona lekko. Już trochę lepiej