orzechowka
09.06.10, 12:52
Założyłam nowy nick, żeby nikt się nie domyslił, że ja to ja.
Już mam dość, muszę się wygadać.
Strasznie jest skapy ten mój mąż. Dziecku nie kupujemy zabawek, bo
wszystko za drogie, syn prezenty dostaje dwa razy do roku z okazji
urodzin i Świąt (głównie od babć i ciotek). Buty dla małego mają
kosztować do 40 zł, inaczej przepłaciłam. Dziecko chodzi do p-la i
co roku muszę stoczyć walkę o zapisanie go na zajęcia dodatkowe
(korektywa, taniec), bo to niepotzrebne przecież.
Na wakacje jeździmy góra na tydzień i to głównie na tanie kwatery,
bo "inni tyle nie wydają co my", a jego rodzice "też nie wyjeżdżali
i żyją". Na feriach zimowych nie byłam od lat, za granicą jeszcze
przed ślubem.
O remont w mieszkaniu usiłuję doprosić się od kilku lat, wciąż nie
ma pieniedzy i w ogóle po co remontować, jak niedługo znowu się
zniszczy? Kazdy mój fryzjer okupiony jęczeniem, jak drogo (on
znalazł miejsce, gdzie obcinaja za 15 zł i ja też tak powinnam). Jak
kupuję jakiś ciuch dla siebie lub dziecka, to nie mówię mężowi
prawdziwej ceny, zeby nie marudził. To samo jak kupuję prezent z
jakiejś okazji dla kogoś z rodziny - on uważa, ze to niepotrzebne,
lepiej nie pójśc do kogoś np. na imieniny i zaoszczędzić kasę.
Sam na siebie też zbyt wiele nie wydaje, nie kupuje żadnych
gadżetów, a ubrania i buty jak już musi.
Co ciekawe, nie zarabiamy wcale mało, choć jego pensja jest wyższa
od mojej. Nie mamy też na głowie kredytów ani większych zobowiązań.
Przez kilka lat rzeczywiście musieliśmy trochę zaciskać pasa i wtedy
jego oszczędnośc trzymała nas w ryzach, ale teraz mamy juz duże
mieszkanie, samochód itp. i wreszcie chciałabym pożyć jak człowiek.
A ciągle słyszę, że jestem rozrzutna, że w tym domu to tylko on
pilnuje wydatków, bo inaczej by sie wszystko rozeszło itp. itp.
Oczywiście czasem się buntuję, ale kosztuje mnie to sporo stresu i
nerwów. Coraz częściej kłocimy się o kasę, robi się nieciekawie...