Ot, taka refleksja mnie naszła, kiedy zrobiłam podsumowanie mijającego właśnie weekendu. Piątek to dla mnie i MMŻeta zwyczajowo świętowanie początku weekendu, celebrowanie przeżycia kolejnego tygodnia pracy, bez trwalszego uszczerbku na zdrowiu i psychice

, więc tym razem sushi, do tego butelka białego wina, później butelka czerwonego wina, ergo długie nocne Polaków rozmowy, plus dzięki bogu za wyrozumiałych sąsiadów, bo musieliby być głusi, aby nie słyszeć zza ściany odgłosów muzyki i ‘wyuzdanego’ seksu o 2 w nocy

.
Sobota to wylegiwanie się do 12 w południe w łóżku, przerywane tylko krótkimi pobudkami na zmienianie pozycji i idealne dopasowywanie się w ‘łyżeczce’.
Sobotnia noc to z kolei maraton serialowy – po kolei wszystko, jak leci – Desperatki, Brothers &Sisters, True Blood, więc dziś z kolei pobudka około 14. I dziś tylko szybko ogarniam się praniowo, resztę czasu wykorzystując na kosmetyczne doprowadzanie siebie do perfekcji.
I tylko tak się zastanawiam, ile mi z tego zostanie, kiedy zdecydujemy się na dziecko. I wychodzi mi, że … nic. Nichts, nothing, nada.
Nie będzie wylegiwania się do popołudnia, nie będzie leniwego leżenia na kanapie z maseczką na twarzy i schnącymi paznokciami, że o spontanicznym, namiętnym seksie to nawet nie wspomnę. Będzie za to niezły zapier.dziel przy małym terroryście, który jeżeli pozwoli mi chociaż wziąć prysznic, to uznam to za sukces.
A tu człowiek przyzwyczaił się do pewnego poziomu życia, zarabiania przyzwoitej kasy i równie szybkiego jej wydawania. Bo jak człowiek raz poszedł na zakupy, wydał ze 2 tysie na szmatki dla siebie, zobaczył, że świat się od tego nie zawalił, to chciałby to najdalej za kwartał, pół roku powtórzyć. A tu trzeba będzie wydawać kasę na berbecia i żegnajcie eleganckie, luksusowe garsonki, witajcie luźne dresy

.
Wakacjowo też będzie porażka, bo jak tu takiego małego berbecia ciągnąć do Kenii czy na Sri Lankę, zresztą nawet z Egiptem, Marokiem, Turcją czy Kanarami ze względu na zmianę klimatu będzie problem. A tu człowiek się przyzwyczaił do wakacji za granicą 2x w roku, no i dlaczego teraz ma oddać?!
Słowem, z której strony by nie patrzeć, wychodzi, że posiadanie berbecia się nie kalkuluje. I wszystko byłoby super, bo można by sobie żyć dostatnio, komfortowo i spokojnie, gdyby nie ten ‘wściek macicy’ pojawiający się z regularną cokilkumiesięczną częstotliwością, zupełnie tak, jakby natura upominała się o swoje

.
I teraz zagwozdka, chce ta natura dla mnie dobrze, czy chce po prostu wpuścić mnie w kanał?
Podajcie mi proszę jakieś pozytywne strony zdecydowania się na taką dzieciową harówkę, bo na razie, tak na trzeźwo, wychodzi mi, że to się w ogóle nie kalkuluje.
No ale nie wiem, może po porodzie spłynie na mnie jakaś niebiańska poświata, pokocham dzieciątko w trymiga i w mig zakwestionuję całe swoje dotychczasowe puste życie?
PS. Wątek z założenia ma być półserio, a Paniom które chciałyby się wypowiedzieć w stylu – jesteś tak pusta i próżna, że szkoda się wypowiadać, z góry dziękujemy.