Mamy kociaki pieciomiesięczne, które lecą za nami, gdy się gdzieś idzie. Dotychczas wystarczyło im dac jedzenie, jak zajęły się jedzeniem to można było iść. Niestety dziś nie wypaliło - ja nie zauważyłam że poszedł, dzieci widziały, ze za nimi jeden poszedł, ale wszedł do sąsiada na podwórko, więc zlekceważyły potem się nie oglądały.
Przed południem mąż zapytał, gdzie jeden z kotów, powiedziałam, że rano był, pewnie gdzieś śpi. Ale zaczęłam szukać, wołać, nie znalazłam. Wrócił ze szkoły młodszy syn, szuklaiśmy razem, potem go wysłałam, zeby jeszcze poszukał w innym kierunku... W międzyczasie wróciła za szkoły córka. Z kotem. Okazało się, że ten durny kot jednak wyszedł od sąsiada i poszedł za nimi do szkoły, tyle, że oni tego nie zauważyli. Szkoła jest półtora kilometra dalej, trzeba dojść z wiejskiego osiedla w blokowisko, przejść przez ruchliwą (bardzo) drogę. Musiał się kręcić dość długo wokół szkoły, bo znaleźli go koledzy starszego syna, którzy szli do szkoły dwie godziny później niż moje młodsze, za którymi kot poleciał. Chłopcy chcieli go zanieść do dziadka jednego z nich, który mieszka blisko szkoły, ale nie zdążyli, bo zaczynali lekcje i zamknęli go w szkole w jakimś pomieszczeniu. Starszy syn go widział, ale nie był pewnien, czy to nasz, nie przyszło mu do głowy, (mnie by też nie przyszło, tyle, że na pewno bym poznała) choć twierdził, że kot sie patrzył na niego dziwnie. Dopiero córka kociara, jak usłyszła o kocie, to poleciała zobaczyć i na szczęście rozpoznała, że to nasz.
Nie mogę wyjśc z szoku, że ten kot poszedł tak daleko i taką drogą i że się znalazł, tak niewiele trzeba, a byłby przepadł, przeciez sam by nie wrócił... Teraz będę zamykać, nie ma zmiłuj, koniec swobody...
Nie wiem, może powinnam iść do szkoły jutro i zapłacić za obiad ,który kot podobno skonsumował?