Nienawidzę cyrku.Nie znoszę.
W związku z powyższym poszliśmy wczoraj na rodzinną wyprawę do cyrku.
Tzn. mieliśmy pójść bardziej rodzinnie, ale tuż przed wyjściem starszy syn wyznał mi, że cyrk jest jedną z największych traum jego dzieciństwa.Okazało się, że cierpiał za każdym razem, kiedy jako pacholę MUSIAŁ isć do cyrku, czyli dwa razy. Zawsze te dwa razy przypominała mu się bajka, w której mały chłopiec w cyrku gubi mamę i on się bał że też się zgubi. Ponieważ ta trauma odcisnęła piętno chyba na zawsze, to on wnosi o zwolnienie od pójścia z nami.
Ja akurat bardziej skłoniłam się ku wersji nieco iinej. Otóż odniosłam wrażenie, że jego gwałtowna niechęć do wspóllnego wyjścia ma źródło w osobie pewnego szesnastoletniego blonddziewczęcia, które ostatnimi czasy puka do nas od wczesnych godzin porannych. Blonddziewczę zaposiada jeszcze atut w postaci biustu - na wisus- DD (mój ojciec i mąż pędzą na wyścigi do drzwi, aby otworzyć dziewczęciu i powiedzieć, że Olafa nie ma, bądź że Olaf jest).
Więc został sam z traumą i pewnie z DD, a my pojechaliśmy.
Angielski Cyrk Wielki.
-Szto dla was?- spytała pani sprzedająca popcorn.
Pod pusta kopułą ganiała różowa Marzenka, ganiając trójkę chłopców w rozległym przedziale wiekowym. W Wielkim cyrku Angielskim trzon widownio stanowili Polacy.
Program jak program. Dziecko mi klaskało, jak klaun się wywracał, mąż przysypiał. Ożywiał się i to dość mocno podczas krótkich przerywników, kiedy na arenę wpadały Biała i Czarna, przyodziane jedynie w cekiny i dużo piór. Pierzaste odtańczały krotki układ choreograficzny i znikały jak sen jaki złoty, pozostawiając mojego męża w latargu do następnej odsłony taneczno-cekinowo-pierzastej.
Było, minęło.
Szczęśliwie program dobiegł końca.
Wracamy do domu.
-Synku- pytam mojego czterolatka. -A co ci sie najbardziej podobało w cyrku? Klaun?
-Te dwie dziewciny - powiedział masakrycznie szczerze mój malutki, dopiero co urodzony dzidziul.