estelka1
31.07.11, 17:34
Natchnął mnie wątek marzanki o tym, jak ex jej partnera wchodzi z butami w ich życie, bo chce by był ojcem ich dzieci...
Dwa lata temu mój małżonek postanowił układać sobie życie kawalera. Owszem alimenty płaci bez zarzutu, dokłada się do innych kosztów związanych z córką - tu nie mogę słowa powiedzieć. Ale kontaktu z młodą za wielkiego nie utrzymuje. Góra 2-3 godz. w tygodniu, chociaż mieszka może 500 m od nas. Na początku też dzwoniłam, nakłaniałam, zwłaszcza ze córka miała sporo problemów zdrowotnych. No ale przyszedł dzień kiedy sobie odpuściłam. Niereformowalny typ. Tak samo jak córkę, olewa swoich rodziców, babcię, za to skacze jak piesek wobec swojej obecnej. Po jakimś czasie zaczęłam się spotykać z innym mężczyzną. Dosłownie przeciwieństwo mojego ex. Córka jest u niego non stop, dużo pomaga rodzicom, jest niemal na każde zawołanie siostry, nawet swojej ex pomaga. Idealny syn, ojciec i brat. Tylko hmmm jakoś w tym wszystkim brakuje mu czasu dla mnie. Bywa że nie widzimy się 2 tygodnie (a też mieszkamy blisko siebie), a nawet jest jak się widzimy częściej to dosłownie w biegu. I efekt podobny jak miałam z ex. Niby mam faceta, a w sumie wiecznie jestem sama. Tydzień temu mi się już na maksa ulało. Córka była na obozie, więc byłam sama. Dopadła mnie jakaś infekcja, leżałam z gorączką cały weekend. A z "ukochanym" zero kontaktu, bo zapomniał zabrać telefon z pracy. On sam, zajęty przez rodzinkę, nie wpadł na to, żeby zajrzeć do mnie choćby na chwilę i powiedzieć, że jest poza zasięgiem telefonicznym. Chyba mam dość takiego chorego układu. Nigdy, nawet przez moment nie kazałam mu wybierać między sobą, a rodziną, ale też chciałabym mieć go dla siebie. Najlepsze, że momentami rodzina, łącznie z córką, wykorzystuje go do granic możliwości, nie licząc się z jego potrzebami, a on funduje mi dokładnie to samo.
Uff, upuściłam trochę jadu i trochę mi lżej, bo ogólnie mam smętny nastrój.