spicy_orange
23.11.11, 21:11
zbulwersowałam się dzisiaj podwójnie i mimo, że było to rano w drodze do pracy, to nie umie mi to wyjść z głowy.
Ogólnie za dziećmi nie przepadam, stosunek raczej obojętny, w tematy dot. dzieci też się niezbyt zagłębiam. Do dzisiaj. Rano jak zwykle wsiadłam do tramwaju, tłok jak to przed 8. Na środku (przodem do kierunku jazdy-niezbyt bezpiecznie) wózek i dobiegający z wózka płacz dziecka. Stanęłam gdzie się dało, jedziemy a dziecko płacze. Płacze 1 przystanek, drugi i trzeci. W końcu się zainteresowałam i zaczęłam wyzierać co u licha, czemu mama dziecka nic nie robi (nie słyszałam, żeby ktoś próbował coś mówić do dziecka, lub wyjąc je z wózka). W końcu zobaczyłam, że mamy nie ma, jest za to TATA - siedzi sobie, rączki założone i gapi się przez okno z miną "nie mam z tym nic wspólnego". Nie znam się na rodzajach płaczu ale to dziecko nie wyglądało mi na płaczące "bo tak", nie rzucało się, nie wierzgało nogami, nie próbowało niczego na tatusiu wymusić. Na przemian był taki krojący serce płacz i słowa mama-mama-mama. Dziecko tuliło do siebie królika i było ewidentnie nieszczęśliwe. A ten zimny jak głaz. Czasem łypnął okiem i nic więcej. W końcu pani siedząca nieopodal zapytała, co musi zrobić jeszcze to dziecko, żeby on mu poświęcił swoją uwagę? Pan na to oburzony: A co? Przeszkadza pani jak moje dziecko płacze? Pani: Mnie nie przeszkadza, ale panu jako ojcu powinno. Ojciec na to odrzekł, że dla zadowolenia innych pasażerów on nie będzie rozpieszczał dziecka, bo potem taki rozpuszczony bachor jemu wejdzie na głowę a nie tej pani. Po czym zwrócił się do wózka ze słowami: "mała, skończ wreszcie, bo to się robi męczące". Do dyskusji z panem włączyły się inne osoby, ludzie generalnie próbowali pana przekonać że może powinien okazać dziecku chociaż odrobinę zainteresowania. Facet zblazowany i znudzony dzielnie odpierał ataki, ale na swoje dziecko nawet nie spojrzał.
Koleżanki w pracy stwierdziły, że zbyt pochopnie oceniam pana, bo może to dziecko tak ma, że notorycznie ryczy i nawet jakby je wziął na ręce czy w ogóle cokolwiek by zrobił to i tak by ryczało. Bo są takie dzieci płaksy i na nie działa tylko totalna olewka a ja się nie znam bo dzieci nie mam. No i drugi szok.
Emamy mają dużo dzieci i duże doświadczenie więc proszę, powiedzcie mi, czy jest taki płacz dziecka który w ten sposób można zignorować? Oziębłością i odrzuceniem? Dziecko miało max 2,5 roku, tuliło tą swoją maskotkę i wołało że chce do mamy. Niestety był z nią tata, a może niestety, że ma takiego tatę? Czy przytulić dziecko, próbować pocieszyć, kiedy jest mu źle, to od razu oznacza hodowanie rozpuszczonego bachora?
Czy ja faktycznie przesadzam? Różne scenki rodzice-dzieci już widziałam, ale czegoś takiego nigdy (na szczęście), no i siedzi mi ta dziewczynka w głowie...