Drogie Bravo!
Popsułam się. Prasuję dziecięce ubrania, trzymałam dietę matki karmiącej (na szczęście nie fanatycznie - dziewczyny prawie na nic nie reagowały źle, więc już olałam kwestię i nawet zjadłam pierogi z kapustą i grzybami). ba! przechodzę na dietę z małą ilością nabiału, co jeszcze parę tygodnie temu było nie do pomyślenia (dziecię młodsze ma dziwną wysypkę na pycholu oraz przestało przybierać spektakularnie, więc zamartwiam się okrutnie (tak, dzieci są ważone codziennie

)). Rozumiem wątek pt. "po co zostawiać dziecko na noc u babci, skoro nie ma takiej potrzeby" oraz mam wieczne wyrzuty sumienia, że dziewczęta dostały smoczki i czasem są dokarmiane butlą. Za to nie śpią z nami w łóżku poza kilkoma wyjątkami, kiedy alternatywą było autentyczne przewrócenie się ze zmęczenia, nie mam oporów, żeby pojechać sobie na zakupy, zostawiając dziecięca z moimi rodzicami, albo spokojnie sobie patrzę, jak mój mega wielki pies (3kg, jak się spasie), chodzi sobie koło (a raz nawet na!) dziewczynek. Może więc nie jest jeszcze tak tragicznie.
A tak w ogóle to chciałam się pochwalić, że jeszcze nie zwariowałam i jeśli ktoś nie ma chorego, drącego się non-stop dziecka, za to ma jedno normalne i marudzi, że mu ciężko, to znaczy, że w d...pie się mu poprzewracało