mam chyba jakiś kryzys, bo moja ukochana, najwspanialsza, najpiękniejsza i najsłodsza córeczka zaczyna mnie doprowadzać do szewskiej pasji.
całe szczęście, że miłość do niej wylewa mi się uszami, bo inaczej wystawiłabym ją na ogród, zamknęła drzwi i spuściła rolety.
ma 2 lata teraz i w zasadzie trzy miesiące.
problem polega na tym, że tak jak była słodką przylepką, tak teraz jest rzepem. rzepem na psim ogonie, którym jestem z kolei ja.
to by jeszcze takie irytujące nie było, aczkolwiek załamałam się dziś rano, kiedy zaprowadziłam ją na górę do braciszka i tatusia, a ta ledwo moje stopy zeszły ze schodów zaczęła drzeć się i ryczeć, że mam po nią wrócić. i zeszła ze mną. do tej pory zawsze lubiła się pobawić z chłopakami, dając mi chwilkę wytchnienia.
najbardziej jednak irytujące i upierdliwe są te jej zawodzenia: "maaaamaaa, maaaamaaaaa", pytam, co takiego kochanie? a ta tylko sie uśmiecha. i zaraz znowu "maaaamaaa maaaama"
i tak kuśwa non stop. cały dzień i pół nocy. bo w nocy też się budzić zaczeła i domagać mojej bliskości. dziś na przykład se rozłożyłam materac przy jej łózku, bo nie miałam siły latać co pół godziny i upewniać jej, że zaraz za ścianą próbuję spać.
długo to potrwa? to ten słynny bunt dwulatka? ach, bo do tego zaczęła się niegrzeczność. w sensie niedawno jeszcze, jak jej powiedziałam "nie wolno", to słuchała, a teraz kurde mogę se mówić....
jestem autentycznie zmęczona i mam ochotę uciec

)