prawdziwy_ewelina22
21.02.12, 20:30
Tak mi się nasunęło po przeczytaniu wątku o Wałęsach i trochę też z domysłów na temat mojej rodziny,
Zastrzegam, że wiem, że może jestem taki erotoman-teoretyk jako samotna matka jedynaka - czego ogromnie, ogromnie żałuję - że jedynak,
ale fascynuje mnie splot aktualnie obowiązującej doktryny KK w sprawie pożycia z częstotliwością pojawiania się dzieci w "głęboko wierzących" małżeństwach.
Odnoszę wrażenie, że panny, które nie marzyły, że zostaną matkami np. 3 (lub więcej) x w ciągu 4 (lub nieco więcej) lat robią dobrą minę do "złej?" gry.
Z jednej strony rozumiem cel zakazu innych metod anty niż NPR, bo sama jestem bardzo wierząca (że nie po to się ludzie pobierają, że od tej pory to tylko taniec po płatkach róż - innymi słowy utożsamianie nieskrępowanego przez NPR i "groźbę" ciąży seksu małżeńskiego z hedonistycznym podejściem do życia), z drugiej strony wydaje mi się, że realizacja tego celu przez kategoryczne narzucenie NPR to trochę "droga na skróty" i wylewanie dziecka z kąpielą. Odnoszę wrażenie, że niektórzy panowie potakują, że tak tak NPR, rozumieją, bo są głęboko wierzący, a w rzeczywistości nie są w stanie tego wytrzymać, kobitki dla świętego spokoju ustępują i raz dokoła po prostu dopóki częstotliwość pojawiania się nowego potomka co półtora roku ich nie zmęczy lub nie przejdzie im ochota do seksu.
Mam taką sytuację w rodzinie i wkład własny pracy babci (ze strony matki) stanowi fundament węgielny trzymania się tego do kupy.
Jakie są wasze wrażenia?