Wczoraj pokłóciłam się z mężem o... Dzień Matki.
W sobote wróciłam do domu wieczorem. Nic. Żadnych kwiatków, laurek... Ok. 23.00 nie wytrzymałam i podziekowałam mężowi za Dzień Matki. On, że przecież nie jest moim dzieckiem... No i zaczęło się. Bo moim zdaniem, o ile ja pamiętam o Dniu Ojca, wszelakich urodzinach( babci, dziadzia, taty, rodzeństw itp) , świętach, okolicznościach, uroczystościach i czego tam jeszcze, uczę szcunku do TAKICH dni moje 4-letnie dzieci, o tyle w przypadku MOICH świąt, takich jak urodziny czy Dzień matki, to kto jak nie ojciec ma dzieciom tłumaczyć?! Co miałam, powiedzieć małym : dziś jest Dzień Matki, zróbcie mi laurki?
Nie mógł, cholera jasna wytłumaczyć dzieciakom, że to mamy święto i zrobić mi w ten sposób odrobinę przyjemności?! Było mi cholernie przykro

I nie byłoby awantury, gdyby małżonek nie zrobił obojetnej miny , wzruszył ramionami i nie powiedział: "Ale o co ci chodzi!!! Czepiasz się!"
Czy ja się czepiam?