ttomojnowynick
13.06.12, 18:49
Nakrzyczałam na swoje dziecko. Spłakał się tak, że zasnął. Wiem, tak nie można. Ale nie mam już siły. Z małym ostatnio coś złego się dzieje, zrobił się niegrzeczny, humorzasty, ciągle się obraża, drze rysunki, ma pretensje. Jestem z nim w domu już piąty rok - w zasadzie poszedł do przedszkola w tym roku, ale co to za chodzenie, połowę przechorował. Może jesteśmy sobą zmęczeni, mąż pojawia się rzadko, ma pracę wyjazdową, w moim miejscu zamieszkania nie mam ani rodziny, ani znajomych. W sumie to przez te pięć lat wiedliśmy z synem samotne życie, bardzo rzadko widywaliśmy się z kimkolwiek. Z pobytem dziecka w przedszkolu wiązałam nadzieję, że poznamy kogoś, będzie miał kolegę. Tymczasem okazało się, że mały rysuje najgorzej z grupy, dzieci się z niego śmieją, jest nieśmiały, wycofany, czasem agresywny - myślę, że tak reaguje na stres. Codziennie rano błaga mnie, żeby nie iść do przedszkola, ja często ustępuję. Mam w domu małe biuro rachunkowe, tak na razie pracuję, mam obowiązki. A dziecko domaga się uwagi, wiadomo. Jest przy tym niegrzeczny, złośliwy - panuję nad sobą,ale wreszcie któregoś dnia nerwy mi puszczają i krzyczę na dziecko. Teraz siedzę i płaczę, mam wyrzuty sumienia, ale, uwierzcie, nie mam już siły na wymyślanie zabaw, coś się we mnie wypaliło, marzę, żeby ktoś pomógł mi w opiece nad synem, nie daję już rady.