Cześć
Nie wiem, może jestem nadopiekuńcza, ale do szału doprowadza mnie, jak obcy ludzie na spacerze dotykają moje dziecko - zdarzają się tacy, którzy próbują całować np. w rączkę. Na początku odjeżdżałam wózkiem, aby intruz nie mógł dosięgnąć. Potem zwracam uwagę delikatnie. Ale ostatnio, w sklepie, mnie poniosło, kiedy jakiś babsztyl, usiłujący dotknac mojego synka, zaczął mi prawic morały (!!!) że niby dlaczego nie pozwalam jej dotknac synka...
Jak mówić do ludzi, żeby zrozumieli, że nie życzę sobie, aby dotykali moje dziecko, skoro normalnie nie pomaga?
Wiem, że może tragedia by się nie stała. Ale wkurza mnie to, tym bardziej, że mały jest strasznym alergikiem i reaguje wysypką, gdy ktoś go dotknie spoconą, brudną ręką albo nie daj Boże pocałuje. Potem swędzi go, drapie się do krwi niemalże. Więc wydaje mi się, że moja nadopiekuńczość w tym aspekcie może być usprawiedliwiona.
Mały tez nie lubi spoufalania się z obcymi, przygląda się życzliwie, ale z rezerwą, a ewentualnych intruzuów próbuje przepędzac krzykiem i wzywaniem mamy.
Co radzicie, bo następnym razem kogoś pogryzę na spacerze. A może tylko w moim mieście tyle takich natrętów?
Pozdrawiam,
Monika z Patrykiem.