jestem mezatka z dosc dlugim malzenskim stazem i z dzieckiem.
szczesliwa mezatka.
niestety, jakis czas temu... jakiez to banalne!... zakochalam sie w koledze z pracy...
na poczatku to byla zwyczajna chemia, nie przejmowalam sie tym, bo takie rzeczy chyba kazdemu sie zdarzaja. przychoda i odchodza i tyle.
potem poznalam kolege troche blizej. jest swietny - bardzo inteligentny (zawsze mnie to fascynowalo w mezczyznach), swietny w tym, co robi, dogadujemy sie fantastycznie... on rozumie moje poczucie humoru (co nie jest czeste, jestem jaka "niszowa" w tej kwesti, hehe), ja uwielbiam jego ironiczne podejscie do zycia i do mnie...
... no i nagle uswiadomilam sobie, ze jestem zakochana po uszy...
nie chce zmieniac swojego zycia, nie mam ochoty na zmiane meza, czy nowa rodzine...
ale jestem zakochana - nieszczesliwie - i cierpie z tego powodu. to trwa juz dosc dlugo, myslalam, ze "po prostu przejdzie", ale nie

jest coraz gorzej, czasem mysle, ze mam totalna obsesje na punkcie tego faceta...
on tez jest w stalym zwiazku. tez czul, ze cos miedzy nami zaiskrzylo... tez sie troche miotal... ale podjal madra decyzje - ze nie ma szans na nic "niewinnego" miedzy nami, wiec najlepiej, zeby laczyly nas tylko stosunki zawodowe.
on sie trzyma dobrze (tak mysle), ale moje zycie to koszmar

nie moge przestac o nim myslec.
nie moge przestac go pragnac.
nie moge sie od niego uwolnic, choc jestem juz taka zmeczona i chcialabybm byc wreszcie wolna...
NIE CHCE porzucac swojej rodzony i zmieniac faceta.
ale jest mi totalnie ZLE.
CHCE sie odkochac.
JAK?