a-bigail
15.11.12, 22:34
Od kilku lat żyję z poważną przewlekłą chorobą. Czuję się dobrze, zazwyczaj, zasadniczo dobrze.
Czuję się strasznie samotna. Mąż jest zajęty swoją pracą, niczego razem nie robimy. Dom, dzieci raczej na mojej głowie. Nie jest ani dobry ani nie dobry.Zdarza mu się powiedzieć mi coś przykrego, niesprawiedliwego - na przykład, że ma dość moich skarg zdrowotnych albo że jestem wygodna.To tak boli, jak człowiek prowadzi dom i pracuje i w dodatku dobrze zarabia.
Bywa opiekuńczy, ale częściej obojętny.Zdarza mu się też zrobić zakupy (rzadko) albo przynieść mi herbatę, mimo że sam jest zmęczony.
Brak mi bardzo bliskości, rozmów, przyjaźni, serdeczności.On unika rozmów o chorobie, badaniach, planach.Mam wrażenie, że żyje głównie poza domem. Unika wspólnych planów - na moją propozycję sylwestra czy andrzejków, czy wyjazdu na narty milczy, nie podchwytuje.
Nie wiem, co myśli o mnie i mojej chorobie, czy ma nadzieję że będzie dobrze, czy mu wszystko jedno, w końcu nie on jest chory...
Kiedyś byliśmy dużo bliżej razem.Próbowałam rozmawiać, zaaranżować wspólny wieczór czy spacer. Zawsze natychmiast robi się zmęczony.I choćbym nie wiem jak się starała, zawsze ma tylko jedno do powiedzenia - aha, ja jestem winny, znowu masz o coś pretensje.
Czuję się strasznie sama.
I to już wszystko? Skoro w obliczu choroby oddalamy się, to chyba źle świadczy o jego uczuciach, po prostu. Nie mogę w to uwierzyć.
Teraz jak co roku mam przygotować święta dla całej rodziny.Nie ma wtedy czasu na spokojne celebrowanie świąt z dziećmi, spacer, nie mówiąc o wypoczynku, bo to ponad 20 osób. Tak sobie pomyślałam, kim ja jestem w tym wszystkim, na ile się w ogóle liczę?
Może choroba zmieniła mi psychikę, może ja jestem nie do życia? Pewnie napisałam jednostronnie, nie wiem już sama. Potrzebowałam chyba wygadać się.