matokk
22.01.13, 16:33
Trafiłam z dwuletnim synem do szpitala (zapalenie płuc). I wszystko wydało się być ok, syn przyjęty bez problemu, zbadany, wszyscy mili w stosunku do mnie jak i do synka, dostałam pokój dwuosobowy, w nim łóżko, duże szerokie dla mnie i łóżeczko dla syna.
Ponieważ przyjechaliśmy po 20, jedzenia syn nie dostał do domu nie miałam jak pojechać, ale poratował nas sąsiadka z pokoju. O północy zasnął, poleciałam do domu, spakowałałam rzeczy i zaczęliśmy się leczyć. I leże sobie w tym szpitalu i myślę, skąd tyle opinii, że w szpitalach jest okropna obsługa itd.
Na następny dzień, w czasie popołudniowej drzemki, obudziął nas pelęgniarka i mów,ze mam szybko zwolnić łóżko. Trochę zszokowana, mówię, że syn nie śpi w łóżeczku tylko ze mną. Ona mówi, że syn zaśnie w łóżeczku,a mi niech ktoś przywiezie materac, ja cała zaryczana, mówię, że nie mam nikogo, jestem sama samiusieńka, zero znajjomych, rodziny. A oni, ze mogą mi zaproponować koc i podłogę.
I tak się zastanawiam, płacimy składki, podatki itd, wszpitalu na oddziale dziecięcym było 1 dzieci i żeby kurka nie było łóżek dla matek. Jak to jest możliwe, ze nie stać szpiatl, NFZ czy inne g.wno na parę łożek??? Żeby te matki miały godny pobyt???