Czytam tu (i nie tylko tu) zachwyty nad miejscami do mieszkania gwarantujacymi lasy, jeziora, polne drogi, spokoj, spiewy ptakow i inne takie OKROPIENSTWA o jakich marzy spora (wydaje sie) grupa ematek i innych matek/niematek. A ja kocham miasto. Halas, rytm miasta, kurz i brud na ulicach, przepychajacych sie ludzi w srodkach masowego transportu, widok z okna na fabryczke czy most pelen samochodow. To drzenie, napiecie skory, ktore daje tylko miasto

Jam jest "dziecie Awangardy Krakowskiej" -
Masto*Masa*Maszyna
Bylam dzis za miastem, bylo pieknie - pola osniezone, nartki suna cichutko, Matka Natura sie slonecznie usmiecha. I to jest wysmienite na 5-6 godzin w weekend, no moze nawet po 5-6 godzin kazdego dnia weekendu

Ale tak poza tym to ja jestem miejskie dziecko, ktoremu przyszlo mieszkac w domku z ogrodem i ktore teskni za dziupla (1 bedroom?) z balkonem gdzies w srodku miasta tak zeby rano bylo slychac jak jedzie pierwszy tramwaj albo zeby mnie w nocy budzily krzyki podpitych przechodniow ... Ale na takie luksusy chyba nigdy juz nie bedzie mnie stac - pozostaja wspomnienia i marzenia