mia_siochi
14.03.13, 17:51
Dostałam dziś. Z miasta w którym w życiu nie byłam. Ze mam sie skontaktować- nazwa kancelarii, nazwisko i telefon. Trafili na mojego maxymalnego wq*rwa i zadzwoniłam, że co to za zwyczaje wysyłać smsa zamiast dzwonić (normalnie bym nie ruszyła, ale nakręcona byłam innymi sprawami...)
Jakiś facet zażądał daty urodzenia.Zaraz zaraz, mówię. Mam podać datę obcemu człowiekowi? Może pesel jeszcze.
On musi zweryfikować czy ja to ja. Bo ma dla mnie sprawę "formalno prawną".
To wyślijcie mi pismo, mówię.
"To proszę podać adres."
Zaraz zaraz- to jaka to sprawa skoro adresu nie macie?
"To proszę chociaż nazwę miasta podać, pani Iksińska."
(i ciągle to Iksińską operuje)
Zna pan moje imię- pytam. Bo tak ciągle jak na straganie się pan do mnie zwraca.
"Takie są normy kulturowe, nie jesteśmy na stopie nieformalnej żebym się po imieniu zwracał."
Ok, ale ja tylko sprawdzam czy pan zna imie, bo adresu pan nie zna...
"Rozumiem, że nie chce pani rozmawiać?"
Ależ chcę- proszę wyjaśnić o co chodzi.
"To proszę o datę urodzenia..."
"Dobrze, wiedzę że musimy to załatwić z panię INACZEJ!"
No i teraz nie wiem, jak bardzo się bać...