Nie wiem właściwie po co piszę

Nie oczekuję współczucia, chociaż może troszkę, a może ustawienia do pionu, sama nie wiem.
Z pewnością kogoś pocieszy, że inni też mają czasem pod górkę

Zaczęło się od cholernego zęba, a wlaściwie kości, bolało, puchłam, dostałam antybiotyk, po którym słaniałam się na nogach. Przyplątała się infekcja, paskudna, zatoki, dostałam drugi antybiotyk, a tu święta za pasem. Ile mogłam leżałam, ale przy dwójce dzieci, niby samoobsługowych, ale nie umiejących gotować obiadów (wiem, wiem, mogłam nauczyć, ale ile można jeść spagetti i naleśniki?

) nie należałam się za długo. No i musiałam iśc do pracy, po prostu musiałam, na trzy dni, ale co mnie wywiało na przystanku to moje. No i znowu wróciło zapalenie zatok, ze zdwojoną siłą. W sobotę na ostatnich nogach pieklam ciasta, bo...bo obiecałam, durna pi... ze mnie. Nie poleżałam sobie w święta, no bo to święta. Nie napiszę już nic na ten temat bo..wiem, sama jestem sobie winna. Mąż posprzątał całe mieszkanie, ja mu tylko troche pomogłam, ale sądziłam, że chociaż po świętach poleżę i dojde do siebie. Tiaa, mam trzeci antybiotyk, a wczorajszą noc spędziłam na balkonie.
Jakiś debil ostatni podpalił albo zsyp, albo windę, nie wiem dokładnie. Akcja gaszenia pożaru trwała do czwartej nad ranem.
Dzieci leżały w naszym pokoju po pięcioma kołdrami przy otwartym oknie, a my na balkonie bo nie dało się oddychać. Paliło się jakies tworzywo...
No i? No i mam całe mieszkanie w sadzy.
Wszystko trzeba umyć, dywany są do prania, zasłony też, jest brudno, śmierdzi (podobno, mam zatkany nos) a ja nie mam siły kiwnąć palcem i jutro muszę iść do pracy.
Fajnie, co?
aha, pies mi właśnie zarzygał podłogę...