No to super.
35 lat skończone, 7,5 letnia córka na stanie i dwie kreseczki poparte rozmaitymi objawami.
Nie pragnęłam drugiego dziecka, nie lubię tego całego pierniczenia się w pieluchy, kupy, zupy. Przerobiłam to raz - dało mi to wówczas masę frajdy, czuję się spełniona i nie potrzeba mi więcej takich 'przygód'.
Echh... wzięłam się za leczenie swojej tarczycy - bardzo skutecznie jak widać się podleczyłam, bo póki nie tykałam hormonów - o ciąży nie było mowy, no ale przeszkadzały mi dodatkowe kilogramy to się wzięłam i teraz mam.
W głowie kłębi mi się masa myśli.
Aktualnie moja babcia jest w bardzo ciężkim stanie (ma raka). Co dzień odwiedzają ją obydwie córki na zmianę. Ustalają godziny, co która kupi, dzielą czas i obowiązki przy matce. Obydwie są wyczerpane (moja mama jedzie prosto z pracy, bez obiadu, bez chwili odpoczynku). Nie dalej jak dwa dni temu moja mama mówi: Boże dajcie dziecku rodzeństwo, bo jak będzie taka sytuacja to się wykończy, a tak przynajmniej będzie mieć wsparcie.
Pomyślałam - co za bzdet. Jedyna siostra mojej teściowej siedzi od 33 lat za granicą, więc co to niby za kalkulacja, że rodzeństwo będzie się sprawiedliwie dzielić obowiązkiem nad chorą matką. Nie ma reguły.
8 lat różnicy...
Między mamą i jej siostrą jest 11 lat.
Między mną i moją siostrą jest 15 lat.
Między mężem i jego bratem jest 1,5 roku.
Wszystkie te relacje są dobre, więc niby 8 lat to nie tragedia.
No ale przyznam, że nie chce mi się... po prostu, po ludzku - nie chce mi się bobasa i całego tego wysiłku. Kiedy spotykałam się ze znajomymi, którzy mają takie małe, absorbujące berbecie - byłam szczęśliwa, że już za chwilę zamknę drzwi z drugiej strony i wrócę do mojego spokojnego świata, że nie muszę kombinować barierek na schody ani pilnować gorących kubków. Cudownie jest pomyśleć, że mojemu dziecku wystarczy komenda: idź się myć.
Wiem, że córka oszaleje z radości i mąż także.
Ja nie szaleję. Jestem skołowana, pełna obaw.
Nie jest fajnie

((