przoduje w tym wszystkim nie kto inny, jak moja babcia od brzucha księżnej
moje starsze dziecko ma brzuszek. nie jest grube. jak je ubrać w luźne koszulki, to wygląda normalnie, ale przy obcisłej koszulce widać.... widać że dwa czy trzy kilo powinien zrzucić.
no i za każdym razem jak widzimy się z babcią i moją matką czyli babci córką rozmowa wygląda identycznie: "wnuuusiu ale ty masz gruby brzuch! za tatą masz ten brzuch! powinieneś się odchudzać" przypomnijmy - chodzi o siedmiolatka.
zostawiam go na tydzień z babcią. wracam i co? i słyszę znowu: "on powinien schudnąć! ile on je słodyczy! lody, czekolada! batoniki!" pytam, kto mu je daje? i słysżę: "bo oni sami do koszyka wkładają!"
mówię, to trzeba wyciągać i mówić, że albo lód, albo mleczna kanapka. i co? "co dziecku będę odmawiać"
i mówię, że to niech babcia nie mówi potem, że gruby.
i tłumaczę, że mówiąc mu że jest gruby wpędza go tylko w kompleksy i umniejsza jego poczucie wartości. a sama jest winna temu że dzieciak mi tyje.
dziecko się zaczęło samo z siebie odchudzać, to codziennie wracając z pracy słyszałam: "on nic nie chce jesć, on tak mało zaczął jeść...."
no chryyyyyste!
i nawet nie wiecie jak trudno jest nie raniąc uczuć małego człowieka, dać mu wskazówki do tego, by zaczęło dbać o zdrowie. bo co ja je do wody przekonam, to ktoś im robi słodzone kompoty, herbatki i podaje soki.
bo co ja powiem, że zamiast czekolady, lepsze są owoce, to ktoś się upiera, że przecież to tylko mleczna kanapka.
na razie mówię że jest przystojny, mądry i cudowny. i podsuwam pod nos to, co jem ja. z młodą mam łatwiej, bo jest we mnie wpatrzona jak w obraz i dlatego lubi rukolę, pomidory i twaróg. syn za to ściąga wszystko od taty i stąd żółty ser, keczup, kebab i pizza.