Mam dwóch synów, lat 6 z ogonkiem i 4 z ogonkiem. Więc przerobiłam dwa bunty dwulatka, dość spektakularne, niedospania z jednym synem, wędrówki itd i zawsze wierzyłam, że tylko spokój może nas uratować

I znosiłam spokojnie - być musi, to zniosę.
Ale bunt ni-wiadomo-z-jakiej-paki i małpa złośliwość jaką raczy mnie ostatnio moje młodsze dziecko powoduje, że zaczynam wątpić w siebie jako matkę i kurde nie wiem, poza żelazną konsekwencją, co robić.
Inaczej - ja już sama nie wiem, czy rzeczywiście upatrywać w tych zachowaniach złośliwości, czy to jak bunt dwulatka - dzieje się mu samo.
Konkrety:
- wchodzimy do domu - ja mówię "synuś, zanieś buty do holu". Grzecznie zanosi. Ale na drugi koniec domu na stół - nie z lenistwa, nadrabia drogi.
- umawiamy się wieczorem, ze następnego dnia po przedszkolu segregujemy 2 pudła zabawek. Jest zgoda, wiadomo dlaczego to robimy. Przy sprzątaniu - festyn z darciem, podnoszeniem na mnie ręki i nogi, mnie ponosi tak, że muszę wyjść z pokoju i walnąć ręką w ścianę, bo nie ręczę za siebie. On drze się i rozrzuca zabawki. Ja spokojnie mówię, czując się jak sadysta, że dokłada sobie sprzątania, bo nikt za niego sprzątać nie będzie. Było jedno pudło, jest cały pokój do sprzątania. Siedzi w pokoju 4 godziny z przerwą na siku aż posprząta po histerii.
Na spokojną propozycje pogadania i przytulenia jest gigantyczne wywrzeszczane NiE.
Po tych 4h, NAGLE, normalnie pstryk i dziecko podśpiewując sprząta w 20 minut to o co robiło awanturę przez pół dnia.
Wieczorem sam mówi, że nie wie skąd to się wzięło.
A ja zaczynam zastanawiać jaka jest ta granica "łamania" dziecka i jego uporu. Miałam poczucie, że muszę konsekwentnie, ale jednocześnie widziałam, że go ciężko ponoszą emocje i jest wykończony i fizycznie i psychicznie.
No i czuję się podle