znickam0
14.08.13, 19:12
Tak czytam te wątki o emigrantach-nieudacznikach i ogólnie często padają (albo ja jestem na nie wyczulona) słowa o przegranych, o biernych, niezaradnych, mało inteligentnych itp. I nie wiem czy ludzie za łatwo szafują etykietkami wobec bezimiennych bytów, a naprawdę - w zetknięciu z konkretnymi przypadkami - są bardziej optymistyczni czy też naprawdę tak łatwo przegrać życie. Bo wychodzi na to, że po 30-tce to już pozamiatane. Jak człowiek nie zdobędzie kwalifikacji i doświadczenia między 20 a 30 rokiem życia to już tylko sobie strzelić w łeb.
A ja od 2 lat siedzę na wewnętrznej i dosłownej emigracji, na utrzymaniu mamy, której też się nie przelewa. Mam 35 lat, coś tam sobie niby dłubię dla wydawnictwa (wymarzona niegdyś praca okazała się niewystarczająca do godnego życia, a do innych brakuje doświadczenia oraz kwalifikacji) i strasznie się boję wyjść do ludzi, pokazać z tym swoim przegraniem, zacząć od nowa. Żyję na bocznym torze, na marginesie. I depresją się tego nie da do końca wytłumaczyć. Wyjechałam i nie dałam sobie rady. Zbiorę siły na jeszcze jeden zryw i naprawdę nie wiem, co dalej.