stwierdzam, że dobrze robiłam, dobierając sobie znajomych ostrożnie i wprowadzając zasadę, że u mnie się bywa właśnie z dziećmi
mało tego, stwierdzam również, że zrobiłam genialnie, nie chodząc na niczyje wesela, albowiem po kie licho ktoś miałby patrzeć na moje dzieci wrogo i po kie licho miałoby być z powodu moich dzieci niefajnie?
i jeszcze lepiej zrobiłam, nie utrzymując kontaktów z ludźmi z totalnie dziwnym światopoglądem, zupełnie niezbieżnym z moim - ileż to nerwów i rozczarowań mniej...
moje dzieci są mile widzianymi goścmi u moich znajomych
dzieci moich znajomych są również witane z otwartymi ramionami (wręcz spraszamy znajomych z dziećmi szczególnie wówczas, gdy mamy kociaki - bo tu korzyść jest obopólna)
jakie to szczęście nie musieć zadawać się z nadętymi burakami, dla których tylko my dorośli zaliczamy się do części rodziny a moje dzieci są tworami chętnie wykopywanymi z towarzystwa
ja to jednak mądra baba jestem
(tu wpadam w samozachwyt a oburzonym inszym emateczkom, które uznają, że ich antydzieciowa bufonada jest przecież taka strasznie poprawna, pokazuję paluszek u rączki

ti ti ti

)
PS: W przeciwieństwie do niektórych nieodpępnionych, niesamodzielnych emateczek, moja rodzina mi dzieci nie niańczy - moje dzieci, moja sprawa.