pokarało mnie.
Siedzę sobie, coś tam oglądam w tv, chyba gesslerową, przybiega syn, oczy załzawione, krztusi się, nie może słowa wymówić, twarz czerwona, nosem coś spływa. Myślałam, że umrze, nie mógł tchu złapać

Nie wiedziałam jak mu pomóc, bo nie wiedziałam CO się dzieje. Nie chcę przytaczać szczegółów. Młody odratowany, skończyło się na wymiotrach i szorowaniem twarzy i płukaniem nosa i przepłukiwaniem gardła.
Co się okazało. Młody władował sobie łychę cynamonu do buzi, ponoć starsi koledzy mu powiedzieli, że przejdzie do ich bractwa, jak dokona tego wyczynu. Młody dostał burę jak ta lala, jutro jak okaże się prawdą to, co mi powiedział, mądralom się nie upiecze.
Niby kurs pierwszej pomocy był, ale jak się własnemu dziecku coś dzieje i nie wiadomo co, to nogi się uginają.