Chodzi mi oczywiście o biednych wielodzietnych. Poczytałam sobie wątki z pomocnych emam i przyznaję, że jestem w szoku. Dodatkowo dziś spotkałam dziewczynę z ubogiej wielodzietnej rodziny, w pomoc której moja mama była bardzo zaangażowana. Dziewczyna ledwo przekroczyła dwudziestkę już matką dwójki dzieci, trzecie w drodze. Ona nie pracuje, partner nie weźmie byle jakiej pracy za grosze, bo albo trzeba o szóstej wstać, albo 20 km dojechać... Oczywiście już wiedzą, gdzie się udać po jakąś pomoc; generalnie nieźle kombinują. Generalnie optymistycznie podsumowała, że mama (dziewczyny) miała ich ośmioro i wszystkie dała radę utrzymać. Nosz k..., ugryzłam się w język, ale chciałam powiedzieć, że to nie jej bezrobotna mama a pół osiedla utrzymywało panią z ośmiorgiem dzieci po różnych ojcach.
A tak przy okazji - oglądam różnego rodzaju programy, gdzie myślą przewodnią jest "pomóż biednym". Jedna izba, rzadko dwie, materace porozkładane na ziemi, głowa przy głowie. Sześcioro, siedmioro czy ośmioro ...a kolejne w drodze. Kurcze, moja wyobraźnia dotycząca pożycia rodziców w takiej rodzinie tego nie ogarnia. Mając dwójkę dzieci musimy z mężem nieźle się nakombinować, gdzie dzieci odesłać, ewentualnie ciemną nocą we własnej sypialni. A może to faktycznie zasługa bocianów

?