Niekóre z Was pamiętają czasy kryzysu. W sklepach nic nie było, za każda
drobnostką stało się w kilometrowych kolejkach - kilka godzin.
Ale komunizm uprzywilejował w jakiś sposób młode matki - kobieta z dzieckiem
na ręku miała pierwszeństwo.
Od razu uprzedzam pytania - z tego, co pamiętam, to i w kolejce
uprzywilejowanej stało się długo. Długo, ale nie tak długo, jak normalnie
Kapitalizm zapomniał w sumie o młodych matkach. Sklepy z kasami pierwszeństwa
dla rodziców to rzadkość. A i inni klienci niechętnie ustąpią kolejki matce z
płaczącym dzieckiem na ręku.
Takie czasy.
Staram się jeździć na zakupy w miejsca przyjazne dzieciom - tam, gdzie są
wyznaczone kasy dla szybszej obsługi rodziców z dziećmi. Gdzie ekspedientka
nie robi hallo z uprzywilejowania, tylko sama prosi osobę stojącą na końcu
kolejki do kasy. Żeby przy kasie nie stresować się płaczem jednego dziecka i
rozrabianiem starszego (wiadomo - półki sklepowe, rurki - barkierki stwarzają
dziecku nieskończenie wielką możliwość ćwiczenia kreatywności, gdy idzie o
pomysly na pognębienie rodziców i obsługi sklepu

).
Kiedyś spotkałam się ze stwierdzeniem, że my, egzaltowane matki, domagamy się
lepszego traktowania w kolejkach. Że powinnyśmy czekać na swoją kolej, pomimo
rozdzierającego płaczu dziecka czy tez nieznosnego rozrabiania.
Mozliwe. Mozliwe, ze kwocząc naszym dzieciom, stajemy się roszczeniowe. CZy
to roszczeniowość zasługująca na piętnowanie?
Nie wiem - być moze tak.
Co na ten temat sądzicie?
I jak jest u Was z obsługą matki z małym dzieckiem (kieruje to pytanie
szczegolnie do mam zagranicznych)?