grouse1
09.04.14, 19:28
Dziś doszłam do wniosku, że to sobie, a nie mężowi powinnam współczuć !!! Jestem sama 5 dni w tygodniu, cały dom i dwójka dzieci są na mojej głowie, do tego praca zawodowa i studia i pies i chomik i choroby, urodziny, prezenty itp itd. Mój mąż pracuje od roku 4h drogi od domu, wynajmuje tam mieszkanie, więc w domu przebywa od piątku wieczór do niedzieli wieczór. Cały czas marudzi, że jest sam, że w pracy całe dnie, że noce samotne, że musi dojeżdżać, że obiady musi w knajpach jadać, a nie domowe itp. ale ... średnio 2 razy w tyg piwko z kolegami, kino, oprócz pracy nie ma tam żadnych obowiązków domowo - rodzinnych, bo wszystkie przejęłam ja. Cały czas było mi go szkoda, aż do dziś, bo dziś miałam baaardzo ważne spotkanie zawodowe, do którego się od jakiegoś czasu przygotowywałam (co zresztą wkurzało męża) i mój mąż ani nie raczył życzyć mi powodzenia, ani mnie nie wsparł duchowo, a jak zadzwoniłam do niego przed chwilą i spytałam, czy on w ogóle jeszcze interesuje się moim życiem, to jak zwykle odpowiedział pytaniem na pytanie - a ty moim? K...., on faktycznie ciągle tylko A JA , A MI, A MOIM, co bym nie powiedziała o swoich odczuciach to ciągle jest odbicie piłeczki. No więc przestało mi być go szkoda, uważam, że siedzi tam i ma labę, kiedy ja odwalam całą robotę. Żeby nie było, jak przyjeżdża na weekend to robi tylko to na co ma ochotę, tylko to co lubi, a kiedy go o coś proszę to zawsze słyszę : Przyjedzie człowiek do domu i nawet odpocząć nie może !!!
No mam rację czy nie???