deelandra
16.10.14, 06:58
Jakiś czas temu usłyszałam w radiu, że w miejscowości turystycznej X brakuje... spowiedników mówiących po niemiecku.
Aha.
Bo do miejscowości X przyjeżdżają Niemcy i jak mają ochotę się wyspowiadać to miejscowy kościół nie potrafi obsłużyć chętnych.
Hm...
Jak Polak jedzie w świat nie oczekuje, że spowiednicy będą mówili po polsku, że w sklepach go obsłużą po polsku itd. Wie, że musi z siebie coś wydukać przynajmniej po angielsku, jeśli już się nie da w języku docelowym.
Natomiast w Polsce kłaniamy się wszystkim w pas i zapewniamy konwersację po angielsku i mile widziany: szwedzki, włoski, niemiecki, hiszpański, chiński, francuski, norweski itd. (tu wystarczy zajrzeć do ogłoszeń o pracę na stanowisko od sprzątaczki po innobrokera biotechnologii).
Dlaczego? Dlaczego obcokrajowiec nie musi być w Polsce zmotywowany do rozmowy przynajmniej po angielsku, skoro już nie potrafi wydukać nic po polsku?
Czy my zawsze będziemy się stawiać w pozycji służalczo-usłużnej?