Drogie emamy? Tylko Was czytałam do tej pory, nie odzywałam się, bo nie jestem mamą

i trochę się obawiałam, że mnie pogonicie. Ale teraz mam problem emigracyjny, a jak, że tak dużo tu emigrantek i kosmopolitek, to pomyślałam sobie, że może mi odpowiecie...
Niegdy nie chciałam wyjeżdżać na stełe zagranicę. Mam dobrą pracę, ściśle związaną z Polską, zarabiam sporo powyżej średniej krajowej. Mam dużą, blisko mieszkającą rodzinę i dużą grupę przyjaciół. Lubię miejsce, w którym mieszkam.
Zawsze mówiłam, że chciałabym kiedyś pomieszkać za granicą, ale to było tylko takie gadanie. Nie tylko nie podjęłam żadnych starań w tym zakresie, ale w ogóle nie myślałam omżadnych komkretach.
No i właśnie dostałam propozycję pracy na jednej z angielskich wysp. W zawodzie (co prawda, musiałabym się od zera nauczyć materii, którą miałabym się zajmować, ale byłby to ten sam zawód), za pieniądze ok 3 razy wyższe niż zarabiam, niezłe też jak na lokalne warunki z tego co się zorientowałam. Językiem mówię biegle, oczywiście będę miała problemy z zawodowym językiem, ale to nie spodziewam się przeszkód nie do przejścia. Zawodowo i osobiście tkwię w tym samym miejscu siedem lat. Od 5 nie zmienia się nic, nawet moje wynagrodzenie. Przyjęcie tej propozycji ma same plusy i tylko boję się życia w oderwaniu od rodziny, od przyjaciół tak całkiem sama.
Na dodatek nie jestem najmłodsza - mam 40 lat. To zarówno argument przeciwko wyjazdowi (w tym wieku zaczynać od nowa, ryzykować ciepłą posadkę), jak i za (jeśli coś zmieniać, to nie ma co dłużej cżekać, a doświadczenie zawodowe, które tam zdobędę, podniesie mój prestiż i uczyni ze mnie wąską specjalistkę).
Czy emigrowałyście same, bez rodziny? Trochę się obawiam, że przytłoczy mnie tam samotność... Tubylcy podobno niezbyt wylewni, mała społeczność, a ja tam mam jedną koleżankę, która właśnie założyła rodzinę, więc nie będzie mieć zbyt wiele czasu dla mnie. Co jest najtrudniejsze w takich wyjazdach? Będę wdzięczna za parę słów.