nisar
11.08.15, 13:41
Tak sobie czytam wątek o dziecku, które chciało naleśnika i wypowiedzi wielu forumek o tym, że tego naleśnika by bez problemu dały. Oraz że dałyby - i więcej: dają - obiad kilkorgu obcym dzieciom, które akurat bawią się w porze obiadowej z ich dziećmi.
Abstrahując od kwestii karmienia tych dzieci lub odsyłania do domu na obiad, zastanawia mnie, jak to u Was jest. Bo ja gotuję tyle, ile zjemy. Jest nas obecnie w domu troje i jeśli planuję na obiad schabowe, to smażę trzy. Jeśli wiem, że na obiad wpadnie moje starsze dziecko, albo kolega młodszego, to smażę cztery. Ale nigdy nie mam nadwyżek dwóch-trzech porcji obiadu. Mogę mieć więcej zupy, mogę obrać trzy ziemniaki więcej czy dodatkowego pomidora, ale mięsa czy ryby kupuję tyle, żeby nie zostało. Dla mnie żadna przyjemność jeść następnego dnia wyjadki z poprzedniego, jeśli mam zaplanowany świeży obiad. Potrafiłabym więc wygospodarować jedną dodatkową porcję dla dziecka, zwyczajnie podzielić się z nim własnym kotletem, ale więcej niż jedną to już no chance, niestety.
Oczywiście rozumiem, że zawsze można rozbełtać i usmażyć naleśniki i dodać do nich dżem, albo ugotować ryż, otworzyć słoik z prażonym jabłkiem i polać to śmietaną. Ale w tamtym wątku zrozumiałam, że wiele z Was po prostu zawsze ma ugotowane więcej, niż by wypadało z liczby stałych obiadożerców. Naprawdę tak macie? A jeśli akurat nikt nie przyjdzie i zostanie? Jak to organizujecie?
Serio pytam, bez żadnych podtekstów.