Dodaj do ulubionych

samotna mama

08.10.05, 18:23
Mam 27 lat i właśnie rozwodzę się po trzech latach małżeństwa. Mamy 6-
miesięczną córkę. Już przed urodzeniem dziecka nie było dobrze - raz zdarzyło
mu się mnie pobić (matka powiedziała mu,że mam kochanka, a on uwierzył), ale
obiecywał,że będzie dobrze i uwierzyłam. Urodziła się mała. Jest ogromnym
szczęściem i nie żałuję, że się pojawiła na świecie. przez krótki czas po jej
urodzeniu było dobrze, ale potem ponownie teściowa zaczęła się wtrącać i
wszystko się popsuło. Wyprowadziłam się i założyłam sprawę o rozwód. Niby
wiem, ze dobrze zrobiłam, ale czy na pweno? On cały czas mi powtarza, że
skazuję dziecko na rozbitą rodzinę. Może powinnam mu uwierzyć i spróbować
jeszcze raz? Może tym razem się uda? Tylko ile razy można dawać drugą szansę?
Obserwuj wątek
      • karolina784 Re: samotna mama 08.10.05, 21:16
        jesteś kochana, że odpowiedziałaś. Przynajmniej wiem,że nie jestem sama. Nie
        moę od niej wyjechać, bo nie dość że razem pracują (po 12 godzin na dobę) to
        jeszcze mieszkają bardzo blisko. Moja tesciowa wiele razy mi ublizała i nawet
        dwa razy mnie uderzyła, ale mój mąż twierdzi że ona nawet nie musi mnie
        przepraszą bo albo miała rację i jest starsza. I co Ty na to?
        • natunia1 Re: samotna mama 08.10.05, 23:40
          Myślałam że już mnie nic nie zaskoczy.. a tu taka niespodzianka.
          Teściowa Cię uderzyła!!! Zerwałabym z nią kontakt....wierzyć się nie
          chce, "milutka kobieta"
          A można wiedzieć dlaczego Cię uderzyła?

          Natalia
          • edzieckokarenina Re: samotna mama 09.10.05, 09:46
            wydaje mi się że kłopoty będziecie mieli dopóki teściowa będzie w pobliżu.Ale
            czy Twój mąż zdecydowąłby się na odcięcie pępowiny?..z tego co piszesz chyba nie
            pozdro
            • karolina784 Re: samotna mama 09.10.05, 11:03
              nawet nie ma szans, aby on się od nich uwolnił. Powiedział,że nie rzuci firmy,
              nie zerwie z rodziną (oprócz matki jest jeszcze siostra, która równie silnie
              działała na rzecz rozbicia naszego małżeństwa, nawet wtedy kiedy dziecko było
              już na świecie; i tatuś), bo rodzina dla niego to właśnie oni a nie my, i nie
              sprzeda domu, który od firmy jest jakieś 100 m. To wogóle jest jakiś dziwny
              układ.
              • pawel.debe Re: samotna mama 10.10.05, 07:59
                dziewczyno, wracajac do tej chorej rodzinki skazujesz siebie na wieczne
                ponizanie, upodlenie, wlasnie wracajac dasz im powod do tego zeby robili to
                mocniej, skoro sa tacy solidarni w znecaniu sie nad Toba to czego oczekujesz po
                powrocie ??? kwiatow, przeprosin, prosby o przebaczenie ??? Rozwodz sie jak
                najszybciej, znajdz fajnego i kochajacego faceta ktory bedzie dobrym oparciem i
                pokocha mala. NA szczescie nie brakuje takich. NIe pakuj sie ponownie w to
                bagno, bo sama si ezaszczujesz, dostaniesz nerwicy by w koncu za 10 czy 15 lat
                peknie w Tobie jakas blokada i zadzgasz nozem podczas klotni nozem kuchennym
                meza czy ta tesciowa. A wowczas dostaniesz 25 lat i zobaczysz swoje wnuki
                dopiero jak beda na studiach.
    • scania81 Re: samotna mama 10.10.05, 08:16
      swego czasu tez myslałam, ze to teściowa jest przyczyna wszelkich nieszczęść,
      więc się przeprowadziliśmy, harowałam jak wół, zeby wyremontować sypiaca sie
      ruderę, kombinowałam nad każdym kilogramem węgla zeby było ciepło, a i tak sie
      okazało, ze wcale nie jest lepiej bo ex zamiast zmienić się bez wpływów mamusi,
      w kochanego męża i ojca, to po prostu rzadziej bywał w domu. A wymówką do wyjść
      tym razem było, ze idzie właśnie do rodziny, tylko niegdy tam nie docierał... w
      końcu zrezygnowałam i układam sobie życie na nowo... czego i tobie zyczę...
      • mrs_ka Re: samotna mama 10.10.05, 08:35
        Taa. Wiele razy pytam rozwiedzionych ludzi, jak przezywali swoje rozstania i
        niemal zawsze padają zdania typu "zrobiłem wszystko co w mojej mocy" czy "byłam
        gotowa wiele poświęcic, aby uratować ten związek". W rzeczywistości nie
        starczyło tego "wszystkiego", aby się np. wyprowadzić od rodziny.

        R*
        • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 11:39
          Boję się tylko czy moja córka nie będzie miała mi tego kiedyś za złe. Ze
          odeszłam do jej ojca i skazałam ją na rozbitą rodzinę (on mi to cały czas
          zarzuca). Co jest lepsze: brak ojca czy zły ojciec?
          • scania81 Re: samotna mama 10.10.05, 11:42
            z chęcia bym poznała odpowiedź na to pytanie, ale co ludź to zdanie...
            ach, zeby mogło byc tak dobry mąż i dobry ojciec... ale takich facetów nie
            ma...
            • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 11:44
              Są. Ja takich znam. I to ie tylko mojego ojca, ale kilka moich koleżanek na
              takich trafiło. Kochają i żony i dzieci. I nie jest dla nich najwazniejsza
              mamusia. tylko co z moim pytaniem: lepiej zła rodzina ale kompletna, czy mama i
              tata osobno, ale spokój w domu?
              • scania81 Re: samotna mama 10.10.05, 11:52
                moim zdaniem wersja B, dlatego się rozwiodłam, ale wiem, ze jest gro osób,
                które twierdzą ze lepiej razem sztucznie, byle dziecko miało wszystkich w
                kupie...
                tylko, ze dzieci widzą co sie wokół nich dzieje i nabieraja adekwantnych
                nawyków na swoje zycie dorosłe...
                • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 11:57
                  jutro pierwsza rozprawa. Trzymajcie kciuki.
                  Dodam tylko ze mój rozwód nie bedzie taki prosty, poniewaz mój małzonek na
                  tydzień przed skończeniem przez mała 6 mcy stwierdził, ze on nie jest pewny,
                  czy to jest jego dziecko i założył mi sprawę o zaprzeczenie ojcostwa. Takze
                  wizyt w sadzie czeka mnie jeszcze kilka.
                  • edzieckokarenina Re: samotna mama 10.10.05, 13:43
                    jutro pierwsza rozprawa. Trzymajcie kciuki.
                    Dodam tylko ze mój rozwód nie bedzie taki prosty, poniewaz mój małzonek na
                    tydzień przed skończeniem przez mała 6 mcy stwierdził, ze on nie jest pewny,
                    czy to jest jego dziecko i założył mi sprawę o zaprzeczenie ojcostwa. Takze
                    wizyt w sadzie czeka mnie jeszcze kilka.
                    ***
                    wiesz co..szczena mi opadła
                    nie miej nawet kobitko wyrzutów sumienia ani dylematów morlanych typu: lepiej
                    samemu szczęśliwie,czy z ojcem dziecka "dla dobra dziecka"
                    moja droga-Twój (...) jeszcze małżonek sam sobie ukręcił bata-rozwiedź sie z
                    nim czym prędzej,a pepiery ze sprawy o zaprzeczenie ojcostwa trzymaj sobie w
                    szufladzie.Jak dziecko dorośnie to pokaż dziecku-niech ma pełną świadomośc tego
                    jakim zakłamanym (...) jest jego tatuś.To taka rada na przyszłość-bo Twój
                    wspaniały małżonek pewnie szntażuje Cię tym,że dziecko ucierpi-tymczasem tą
                    sprawą pokazuje jaki ma stosunek do Waszego dziecka.
                    Pozdrawiam
              • kkokos Re: samotna mama 10.10.05, 12:00
                moja droga, przez twojego męża przemawia pełna hipokryzja, a i ty zaczynasz jej
                ulegać.
                W "pełnej" rodzinie ludzie darzą się szacunkiem. W twojej tzw. pełnej kilku-,
                potem kilkunastoletnia dziewczynka będzie oglądać, jak ojciec bija jej matkę, a
                i babcia potrafi matce dołożyć. A matka to znosi z pokorą... Albo też życie
                rodzinne polega na wiecznych awanturach, bo matka tego znieść nie może (ale nie
                zdobywa się na odejście). Sama sobie odpowiedz na pytanie, czego twoja córka
                nauczy się w takich warunkach, jaki będzie jej stosunek do ludzi, z jakim
                kapitałem emocjonalnym będzie wstępować w swoje związki, gdy dorośnie...
                Ja bym na twoim miejscu wiała, gdzie pieprz rośnie!
                Oczywiście łatwo powiedzieć "wiej", wiadomo, że choćby technicznie nie jest to
                takie proste...
          • nina73 Re: samotna mama 10.10.05, 12:12
            Wypisz wymaluj, moja była sytuacja. Tylr tylko że rodzina exa twierdziła że u
            nich rozwodów nie ma i jak tylko spróbuję to mnie zniszczą. Tyle że im się nie
            udało. Zerwałam z nimi wszelkie kontakty, przeprowadziłam rozwód, wyniosłam się
            do innego miasta (sama z dzieckiem), podzieliłam majątek i wiem że żyje. Zajęło
            to bardzo, bardzo ciężkie 4 lata ale się udało. Czego i Tobie życzę. A w
            miedzyczasie ups.. niespodzianka ex uciekł 2000 km od mamusi.
    • done2 Re: samotna mama 10.10.05, 12:02
      Ja to chyba jakaś nienormalna jestem, myślałam że my już w XXI wieku jesteśmy,
      a tu dopiero XIX.
      Pan mąż bije, Pani teściowa bije. A ogół uznaje to za normę.
      Jak już uciekłaś Kobieto od tego maminsynka i damskiego boksera i od całej jego
      pop...onej rodzinki, to nie wracaj bo tym razem oberwiesz jak nic.
      I nie daj się zastraszyć ani grośbą sprawy o ustalenie ojcostwa ani tym że
      biedne dziecko bez obecności tatusia-boksera ucierpi na tym. A czegóż to
      dziecku będzie brakować? Wzorca - jak należy postępować z kobietami???!!!
      • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 12:10
        Dzieki za rady. Mam nadzieję,ze to słuszna decyzja. Tylko jaka pewność,ze nie
        zostanę tylko z dzieckiem do końca zycia. Ja mam dopiero 27 lat i nie chcę być
        tylko mamą, chciałabym jeszcze czegoś więcej. Niestety obawiam się,ze mój mąż
        wpędził mnie w tek niską samoocenę ze ciężko będzie mi się z tego wygrzebac.
        Dla niego zawsze byłam nikim.
        • julkakra Re: samotna mama 10.10.05, 12:48
          Karolinko!
          A ja uważam, ze warto walczyć o rodzinę. Zrób to dla córki- życie w rozbitej
          rodzinie jest dla dziecka bardzo niekorzystne. Wydaje mi się ,że jest jeszcze
          szansa dla Was. Przypomnij sobie swojego męza gdy się poznaliście? Co Ci się w
          nim wtedy podobało? Zycie samotnej kobiety nie jest łatwe, a to że znajdzieśz
          lepszego tatę dla swojej córci mało prawdopodobne- lepszt sredni ojciec niż
          najlepszy ojczym. Nie chcę Cię namawiać do życia w ciągłym poświęceniu. Ale
          zbirz spokojnie myśli i np. napisz list do męża- lepsze to odrozmowy która
          często przekształca się w kłotnie z której potem nic nie wynika. Napisz w tym
          liście swoje oczekiwania, żale i daj mu szansę jeszcze raz spróbować. Nikt nie
          jest bez winy- Ty też na pewno, jak kazdy z nas, masz coś na sumieniu, ale nie
          o to tu chodzi by sobie wypominac się rozliczać , ale o to by sobie wybaczać i
          razem coś wartościowego zbudować. Masz jeszcze szansę.W każdym związku są
          kryzysy- pamiętaj to co nas nie złamie to nas wzmocni. Popatrz na buźkę swoje
          córeczki- chyba warto dla niej spróbować??? Na pewno oboje ja bardzo kochacie,
          twoja teściwa też i spróbuj!!!! Jesteś kobietą, masz naprawdę duzo argumnetów,
          idź do fryzjera, kup sobie coś ekstra i walcz o tego faceta!!! A potem pracuj
          nad nim, małymi kroczkami uświadamiaj mu co wzyciu jest wazne!!!! Nie próbuj
          zmienić go oda razu, ale stopniowo!!! Trzymaj kciuki, Karolino!!!!
          • scania81 Re: samotna mama 10.10.05, 13:11
            julkakra, nikt tu nie namawia do zabicia exa, ale nie zgodze sie z tobą ze
            lepszy sredni ojciec (tym bardziej ze z opisów wynika ze sredni to komplement)
            niz najlepszy ojczym!
          • edzieckokarenina Re: samotna mama 10.10.05, 13:51
            Popatrz na buźkę swoje
            córeczki- chyba warto dla niej spróbować??? Na pewno oboje ja bardzo kochacie,
            twoja teściwa też i spróbuj!!!! Jesteś kobietą, masz naprawdę duzo argumnetów,
            idź do fryzjera, kup sobie coś ekstra i walcz o tego faceta!!!
            ***
            nie wiem czy nie doczytałaś..ale tatusiek złożył sprawę o zaprzeczenie ojcostwa-
            czy tak Twoim zdaniem ma wyglądać miłość do dziecka?;P
            to jakis niedojrzały(....)
          • kkokos Re: samotna mama 10.10.05, 14:06
            rozumiem, julkokra, że NA WŁASNEJ SKÓRZE DOŚWIADCZYŁAŚ BICIA przez własnego
            męża i takimi argumentami: "idź do fryzjera, kup sobie coś ekstra i walcz o
            tego faceta!!!" oraz "napisz list do męża" UDAŁO CI SIĘ przeobrazić damskiego
            boksera, który w dodatku tłamsi swą żonę psychicznie (bo właśnie tym jest
            zakładanie sprawy o zaprzeczenie ojcostwa, powtarzanie, że ona i ich córka to
            nie ich rodzina, próby wpędzania w poczucie winy wobec dziecka, gdy kobieta
            próbuje stanąć na własnych nogach, pozwalanie, by jego matka ją tak traktowała,
            jak traktuje itd.) w czułego anioła...
            jeśli nie, to twoje rady nie są wiele warte smile
          • done2 Re: samotna mama 10.10.05, 14:27
            "ja uważam, ze warto walczyć o rodzinę"

            Ja też tak uważam.

            "Przypomnij sobie swojego męza gdy się poznaliście? Co Ci się w nim wtedy
            podobało?"

            A co ma piernik do wiatraka?

            "to że znajdzieśz lepszego tatę dla swojej córci mało prawdopodobne"

            No, żaden następny nie będzie przynajmniej chciał udowadniania ojcostwa.

            "lepszy sredni ojciec niż najlepszy ojczym"

            Jeśli kiedyś ogłoszą konkurs na najbardziej idiotyczną tezę - masz pierwsze
            miejsce. Jak w banku.

            "napisz list do męża- lepsze to odrozmowy"

            No, pewnie, wysyłając list nie oberwiemy z pięści, a w czasie rozmowy - bardzo
            prawdopodobne.

            "W każdym związku są kryzysy- pamiętaj to co nas nie złamie to nas wzmocni"

            Ale nie w każdym związku stosuje się terror fizyczny, mądralo.
        • edzieckokarenina Re: samotna mama 10.10.05, 13:47
          karolina784 napisała:

          > Dzieki za rady. Mam nadzieję,ze to słuszna decyzja. Tylko jaka pewność,ze nie
          > zostanę tylko z dzieckiem do końca zycia. Ja mam dopiero 27 lat i nie chcę
          być
          > tylko mamą, chciałabym jeszcze czegoś więcej. Niestety obawiam się,ze mój mąż
          > wpędził mnie w tek niską samoocenę ze ciężko będzie mi się z tego wygrzebac.
          > Dla niego zawsze byłam nikim.

          ***
          uszy do góry-każda z nas to przechodziła.
          Na poprawę humoru poczytaj sobie watek "texty waszych ex" zobacz że nie tylko
          Ty byłaś źle traktowana.
          Cale życie przed Tobą i na pewno kogoś DOPOWIEDNIEGO dla siebie poznasz.
          Nie załamuj się
          pozdrawiam
          • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 15:41
            bardzo wszystkim dziękuję. To co sobie poczytałam utwierdza mnie w przekonaniu,
            ze dobrze robię. Pewnie nie będzie mi lekko, no ale przynajmniej będę miała
            spokój. pOpatrzyłam na buźkę swojej córeczki - odkąd mieszkamy u moich rodziców
            jest usmiechnięta i wesoła i już nie ma oczu jak spodki, gdy tatuś albo
            tesciowa na mnie wrzeszczeli. Ona jest jedynym dobrem jakie wyniosłam z tego
            małzeństwa. I jej nie załuję. Teraz tylko muszę przetrwać rozwód, sprawę o
            ojcostwo i o ustalenie kuratora dla małej. Kochany mężulek zaproponował na to
            stanowisko SWOJĄ SIOSTRE. Bardzo dziękuję za rady i słowa otuchy. trzymajcie
            jutro kciuki. Pozdrawiam.
            • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 15:45
              Tylko mam jeszcze jedno pytanie, może ktos był w podobnej sytuacji: czy sad
              moze zgodzić się, aby on zabierał dziecko do siebie, czy będzie ją mógł widywać
              tylko u mnie w domu? On jest tak nieobliczalny, ze obawiam się, ze moze nie
              chcieć mi jej oddać. Ja zgadzam się najego wizyty, ale tylko u mnie. Nie chcę
              dawać mu dziecka.
              • julinekk Re: samotna mama 10.10.05, 17:43
                witam
                nie bylam w podobnej sytuacji ale logicznie rozumujac jesli twoj jeszcze maz
                wniosl o zaprzeczenie ojcostwa to na jakiej podstawie sad moze mu zezwolic na
                zabieranie dziecka? przeciez chce wlasnie udowodnic ze wasze dziecko jest dla
                niego obca osoba. zaden sad nie pozwoli na zabieranie go gdziekolwiek, to by
                byla jakas potworna hipokryzja, nie sadzisz? mimo wszystko dla sadu liczy sie
                postawa ojca i to czy wykazuje chec do uczestniczenia w wychowaniu dziecka. a
                twoj maz jak widac nie wykazuje bo chce sie wyprzec nawet ze ma w ogole dziecko!
                pozdrawiam serdecznie i zycze wytrwalosci. mysle ze podjelas jak najbardziej
                sluszna decyzje
              • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 15:52
                Podobno tak nakazują przepisy w trakcie sprawy o ustalenie ojcostwa. tylko mnie
                sie wydawało,ze to oze być urzędnik sądowy, a nie jego siostra, która na pewno
                nie będzie obiektywna. a szczerze powiedziawszy to chyba zrzuciłabym ją ze
                schodów. (nie dość ze mnie nie nawidzi to sama, aby zdobyć męża, rozbiła
                małżeństwo z dwójką malutkich dzieci, więc na dzieciach raczej się nie zna.
                Swoich nie ma) Zrzucić ją???smile
                • edzieckokarenina Re: samotna mama 10.10.05, 16:11
                  Podobno tak nakazują przepisy w trakcie sprawy o ustalenie ojcostwa. tylko mnie
                  sie wydawało,ze to oze być urzędnik sądowy, a nie jego siostra, która na pewno
                  nie będzie obiektywna. a szczerze powiedziawszy to chyba zrzuciłabym ją ze
                  schodów. (nie dość ze mnie nie nawidzi to sama, aby zdobyć męża, rozbiła
                  małżeństwo z dwójką malutkich dzieci, więc na dzieciach raczej się nie zna.
                  Swoich nie ma) Zrzucić ją???smile
                  **
                  nie zrzucaj, bo pójdziesz siedzieć
                  btw.a kuratorem siostra nie może być-nie słuchaj bzdur jakie Ci mąż mówi
                  powodzenia
    • gromkowa Re: samotna mama 10.10.05, 16:36
      krolinko faceci prawie nigdy sie zniemiają te obietnice beda tylko wążne
      chwilke...a poza tym uważam że jeśli raz uderzył to uderzy i drugi. Ja
      pozostawiłam partnera bedać w ciąży...równierz mi mówił że odbieram dziecku
      ojca...ale ja mu mówiłam że bedzie mógł wiodywać dziecko. Wcale nie żałuje że
      odeszłam ...poniewaz on sie nie interesuje dzieckiem a ja obecnie jestem
      zareczona. Mój narzeczony kocha mojego ( teraz juz naszego) synka jak własne
      dziecko i jest cudownym ojcem. Adrianek ma wspaniała kochajaca sie
      rodzine...czego by nie miał gdybym została z biologicznym ojcem
      • julkakra Re: samotna mama 10.10.05, 19:05
        napadłyście na mnie strasznie- słusznie, nie doczytałam że tata złozył wniosek
        o ustalenie ojcostwa. wiem, też że wzłości robi się rózne rzeczy-i aby dokuczyć
        swojemu partnerowi krzywdzi się własne dziecko. Nie jest prawdą, że jak facet
        raz uderzy to będzie bił- znam przypadki "nawrócenia". Nie jest to łatwe, fakt.
        ale wydaje mi się, ze Karolina jest na poczatku samotnej drogi, jeszcze może
        spróbowac naprawić małżeństwo-ale obie strony muszą chcieć, i wiem ze często
        warto sklejać to co wydaje się już nie do naprawienia. Nie uważam, że kobieta
        powinna się poświęcić i pozwolić na tyranię. Może faktycznie jest to człowiek-
        potwór-to wie tylko Karolina. ale może tylko zagalaopowali się w swojej złości
        a jest dziecko i dla niej warto spróbować. Czasami warto złozyć broń i dla
        dobra dziecka spróbowac się pogodzić- jesli nie po to aby zyć razem to choćby
        po to aby wspólnie to dziecko wychowywać, aby móc się spotykac na ważnych
        uroczystościach dla małej- aby nie skakac sobie do gardeł gdy tatus odwiedza
        małą. Po prostu uważam, że czasami ktoś musi byc mądrzejszy i spróbować.
        Eskalacja złości i agresji niszczy tez nas samych- warto więc czasami zakopac
        topór, usmiechnąć się i powiedzieć spokojnie -porozmawiajmy-ale ponieważ mi się
        to rzadko udaje- piszę listy do mojego faceta gdy mnie wyprowadzi z równowagi-
        kilka z nich pomogło nam się dogadać. To tylko moje zdanie, Wy namawiacie do
        definitywnego zerwania, naprawdę żadna z Was nie żałuje?
    • natasza39 O damskich bokserach!!!! 10.10.05, 19:35
      Byłam kiedyś zoną damskiego boksera.
      Taki sie nigdy nie zmienia. Nigdy!!!
      Z tego co piszesz przemoc wyniósł z domu, bo w końcu z mamusi przykład bierze,
      a więc przypadek nieuleczalny.
      Doskonale rozumiem że masz teraz niska samoocenę.
      Nie jestem psychologiem, ale Twój małzonek jest zdominowanym przez matkę i
      siostrę dupkiem. Tylko wobec Ciebie mógł sie poczuć władcą. I dlatego mówił Ci
      że jesteś nic niewarta. Po to aby sie samemu dowartościować.
      Sprawa o zaprzeczenie ojcostwa własnego dziecka jest takim ostatnim dowodem na
      to, że facet, który jest ojcem Twojego dziecka i jeszcze mężem jest nic nie
      wart.
      Uciekaj dziewczyno jak najdalej od niego.
      I jeszcze jedno....
      Nie warto utrzymywać na siłę i wbrew własnemu "ja" fikcji małżenskiej.
      Małżeństwo to ma być związek dwóch partnerów, a nie rodzaj więzienia, w którym
      jedno z małżonków to "kapo". Dziecko wcale nie będzie szczesliwe w takim
      zwiazku. A wyrastaie w domu, w którym matka jest poniewierana nie jest dobre
      dla dziecka.
      Masz córkę, chcesz żeby kiedys powieliła Twój los.
      Wiem co mówię, tkwiłam w takim chorym układzie właśnie w imię "pełnej rodziny"
      przez 16 lat.
      Gdyby mój małżonek był dzis ze mna, pewnie mój syn zabiłby go teraz.
      Dziś mój 17-stoletni syn nie dziękuje mi dziś za 14 lat życia w domu
      z "tatusiem". Ma o to do mnie pretensje.

      A i jeszcze jedno słówko do tzw. "nawracaczy" i "pisaniu listów" do męża.

      Otóż są ludzie i taborety.
      Listy to mozna pisać do ludzi.
      Do taboretów sie nie pisze i nie mówi.
      Taborety sie kopie. Najlepiej w dupę i centralnie!!!
      3-maj się dziewczyno!!!
      Jesteś silna i madra, że odeszłaś teraz. Jeszcze sobie życie ułożysz.
      Zajmij sie teraz soba przede wszystkim. Dowartosciuj się. Jesli masz jakieś
      braki w wykształceniu, dokończ teraz. Nie szukaj na siłe "męskiego ramienia".
      Przy taich doświadczeniach, nawet byle jaki facet wydaje sie "księciem z
      bajki". Ale to ułuda.
      To jak wychodzenie z ciemnego pokoju. Po zapaleniu światła długo wzrok się
      przyzwyczaja do światła. I wtedy nawet zwykła żarówka wydaje się oslepiajacym
      światłem tropicu.
      3-mam kciuki za Ciebie. Wyjdziesz z tego bagna napewno!!!!
      • karolina784 Re: O damskich bokserach!!!! 10.10.05, 20:06
        Próbuję się wziąć za siebie. Zdaję na specjalizację, robię doktorat. Staram się
        nie załamywać , szczególnie dla małej. Ona jest strasznie smutna, kiedy przez
        przypadek zobaczy jak ja płaczę. Ma dopiero 6 mcy a już tyle rozumie. Ale
        skłamałabym gdybym powiedziała, że serce mnie nie boli. Przecież ja go kochałam
        i może jeszcze teraz kocham. Jak zapomnieć? Jak przetłumaczyć sobie, że ten
        jedyny na zawsze okazał się pomyłką i trzeba szukać od początku?
        • natasza39 JAk zapomnieć? 10.10.05, 20:13
          Wiem dobrze że to boli.
          Ale jestes madra obieta i wiesz że pomyłki się zdarzaja. Jedne małe, inne
          większe.
          Sęk w tym, aby przezyć życie nie nieomylnym, ale tak aby jak najmniej bolało
          gdy sie pomylimy.

          Znamienne jest właśnie to, że wykształcone jak Ty kobiety, częsciej tkwią w
          układzie z "przemocowcem", a dzieje się dlatego, że im sie to właśnie w głowie
          nie mieści, że one takie mądre i radzące sobie w innych aspektach życia tak
          strasznie sie pomyliły.
          Kiedy nad tą "pomyłką" przejdziesz do porządku dziennego, zaznasz spokoju.
          Mnie to zajęło wiecej czasu niż Tobie.
          Miałam do pefrfekcji opanowana sztukę makijażu, w celu retuszu siniaków.
          Dziś sie nie maluję, praktycznie wogóle.
          Pogodziłam się z "pomyłką". Wybaczyłam sobie samej. Dziś jestem spokojna i
          szczęśliwa. Czego i Tobie życzę!
          • karolina784 Re: JAk zapomnieć? 10.10.05, 20:18
            Udało ci się ułożyć na nowo zycie? Nie chcę być wścibska, ale nie chcę tez
            oszukiwać siebie i wmawiać sobie,że w pojedynkę będę szczęśliwa. Chcę mieć
            kogoś kto pokocha mnie i moje dziecko, kto mnie będzie wspierał, komu będę
            mogła zaufac. Niestety tego w moim małżeństwie zabrakło. Ja dostałam tylko raz,
            ale za to do perfekcji opanowałam kręcenie, ile zarabiam (młoda lekarka)i ile
            dostaję od rodziców. Inaczej on (właściciel prywatnej firmy) dawałby mi na
            życie nie 100 zł a pewnie znacznie mniej.
            • natasza39 Re: JAk zapomnieć? 10.10.05, 20:28
              Tak jestem szczęśliwa!
              Teraz nie jestem sama. Jestem ze wspaniałym człowiekiem, ale byłam szczęsliwa
              juz wcześniej. Poczatek to odzyskanie szacunku do samej siebie, po tym jak ktoś
              usiłował Ci wmówić że jesteś nikim. Prawdziwe szczęscie przychodzi wtedy, gdy
              potrafimy sie cieszyć małymi rzeczami.
              Więc moja rada. Najpierw zakończ jeden etap swojego zycia, czyli definitywna
              pomyłkę.
              Potem oddaj sie temu co najbardziej lubisz i w czym jestes dobra.
              A potem może spotkasz kogoś z kim bedziesz szczesliwa.
              Ja Ci nie powiem, że napewno bedziesz, bo tego nie wie nikt.
              Nie zamartwiaj sie tym czy bedziesz szczęśliwa, tylko ciesz się tym co masz.
              Do nieszczęśliwych i "pochmurnych" ludzi nikt sie nie garnie.
              Bądź zatem pogodna.

              A tak nawiasem... co do wysokosci alimentów na dziecka po rozwodzie ma to ile
              od rodziców dostajesz teraz?
              Dziewczyny sa w tym temacie lepiej uświadomione.
              Pan pożal się bokser-biznesmen chce jeszcze pieniądze na dziecko ograniczyć?
              Naprawde żałosne bydle...
              • karolina784 Re: JAk zapomnieć? 10.10.05, 20:39
                Nie mieliśmy jeszcze srawy o alimenty, ale mój mąż wymyślił sobie, że na 6
                mczne dziecko wystarcza 400 zł na miesiąc i tyle mi przysyła. Nie wazme jest,
                jak zwykle, co ja na ten temat sadzę. Dodam ze sam jeździ samochodem za 150
                tys. i ma 400 m dom. Ale on nigdy nie był chojny. po urodzeniu dziecka nawet
                nie kupił mi kwiatka nie mówiąc już o prezencie, które dla niego o niczym nie
                świadczą i sa niepotrzebne. (oczywiście tylko te dla żony, bo te dla matki i
                siostry są ogromnie ważne)
                • natasza39 W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 20:48
                  I sie nie dziwię....
                  To że Twój maz uważa, że mozna sobie siostrę jako kuratora wyznaczyć, wysokosc
                  alimentów wyznaczyć, to czy wogóle jest się ojcem wyznaczyć, to oznacza tylko
                  że jest bufonem.
                  A Twoim własnie celem powinno być udowodnienie mu, że teraz juz nic nie będzie
                  tak jak on sobie wymyśli.
                  Gdybym była na Twoim miejscu, moim celem byłoby własnie utarcie mu tego
                  bufoniastego nosa.
                  I niech Ci nie bedzie żal tych fur za miliony i chałup jak pałace.
                  Rzeczy materialne nie dają szczęścia.
                  To tylko dowód na to, że można zachowywać się jak menel mieszkajac w willi i
                  rżnąc biznesmena z willa, skóra i komórą.
                  Ty sobie dziewczyno weź dobrego adwokata, bo pan maż nie sprzeda skóry tanio.
                  I swoim zwyczajem będzie chciał Ci dokopac na koniec
                  • karolina784 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 21:05
                    Adwokata mam. I to wydaje mi się dobrego. W dodatku strasznie się na niego
                    wkurzyła gdy powiedział, ze pozew przez nia napisany jest śmieszny. (ona
                    pracuje dłużej niż on żyje). Zażyczyłam sobie porządne alimenty zarówno na
                    dziecko jak i na siebie. Na początku miałam tego nie robić ale jego "występy
                    gościnne" utwierdziły mnie tylko w przekonaniu że powinnam tak postąpić. W
                    dodatki jak mnie wkurzy to jeszcze mu założe sprawę o pobicie, bo bylam na tyle
                    mądra że zrobiłam sobie obdukcje i sprawa jeszcze się nie przedawniła. No ale
                    zobaczymy. i jeszcze pomyślałam sobie: może sprzedać moja historię do
                    hollywood. Niezły byłby film, tylko czy komedia czy dramat. bo szkoda że nie
                    widzialaś jak moja teściowa szarpała mnie za włosy, a parę miesięcy później
                    próbowała grać kochaną mamusię i wypłakiwała w Boże Narodzenie.
                    • natasza39 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 21:17
                      karolina784 napisała:

                      > Adwokata mam. I to wydaje mi się dobrego. W dodatku strasznie się na niego
                      > wkurzyła gdy powiedział, ze pozew przez nia napisany jest śmieszny. (ona
                      > pracuje dłużej niż on żyje). Zażyczyłam sobie porządne alimenty zarówno na
                      > dziecko jak i na siebie. Na początku miałam tego nie robić ale jego "występy
                      > gościnne" utwierdziły mnie tylko w przekonaniu że powinnam tak postąpić. W
                      > dodatki jak mnie wkurzy to jeszcze mu założe sprawę o pobicie, bo bylam na
                      tyle
                      >
                      > mądra że zrobiłam sobie obdukcje i sprawa jeszcze się nie przedawniła. No ale
                      > zobaczymy. i jeszcze pomyślałam sobie: może sprzedać moja historię do
                      > hollywood. Niezły byłby film, tylko czy komedia czy dramat. bo szkoda że nie
                      > widzialaś jak moja teściowa szarpała mnie za włosy, a parę miesięcy później
                      > próbowała grać kochaną mamusię i wypłakiwała w Boże Narodzenie

                      I tak trzymać dziewczyno!!!!
                      Utrzyj nosa mężusiowi, teściowej, szwagierce.
                      Odwróć się na pięcie i zamknij rozdział, a poczujesz się lepiej!
                      NApisz jak Ci poszło w sądzie po rozprawie!
                      • karolina784 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 21:39
                        Mam strasznie dużo zalu. a wiesz o co najbardziej? Przed chwilą skończył sie
                        film Kochaj mnie, o dzieciach z domu dziecka. Jest tyke nieszczęścia na
                        świecie, chorób, tragedii, ludzie tracą najbliższych, nie mogą mieć dzieci. a
                        nam nie brakowało niczego. Oboje jesteśmy zdrowi, wykształceni. mamy rodziny,
                        pracę, pieniądze, samochody, domy. I jeszcze urodziło nam się zdrowe dziecko. A
                        on nie umiał tego docenić. Aby mała przyszła bezpiecznie na świat, ja na rok
                        odłożyłam wszystkie swoje sprawy. nie żebym żałowała, ale przecież też chcę
                        zrobić karierę. On mógł sobie przez ten cały czas pracować. I choć zarowno po
                        pobiciu jak i w czasie mojej ciąży obiecywał że wszystko się zmieni, to tak się
                        nie stało. i o to mam do niego tyle żalu, że nie umiał docenić tego ile los nam
                        dobrego dał. ciągle była tylko kasa i jak tu komuś dokopac. a przecież
                        wystarczyło sobie spokojnieżyć, wychowywać dziecko, pracować i cieszyć się, ze
                        jesteśmy razem. Czy ja prosiłam o tak wiele???
                        • natasza39 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 21:45
                          Doskonale Cie rozumiem!
                          Mialam tak samo. Tez nie wiedziałam czego mu brakowało.
                          Dziś wiem, że są poprostu tacy ludzie, którzy nie cieszą się tym co jest, co
                          mają i za cholere nie umieja tego docenić.
                          To jak rzucać perły między wieprze.
                          Dlatego zbieraj perełki i wynoś sie z tego chlewika jak najpredzej.
                          A on może nigdy nie pojmie co stracił, ale niech to nie bedzie juz Twój problem
                          Natury człowieka nie zmienisz.
                          Jak sie ktoś k....em urodził, kanarkiem nie zdechnie!
                          • karolina784 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 21:55
                            Jesteś bardzo mądrą kobieta. ciesz się ze jesteś już na etapie że potrafisz na
                            to wszystko trzeźwo spojrzeć. ja jeszcze nie umiem. niby wiem i pamiętam jak
                            mnie krzywdził i obrażał, ale z drugiej strony to brakuje mi tego, ze nie moge
                            sie do niego wieczorem przytulić. To jakas cholrna patologia 9 ja jakolekarz
                            powinnam to wiedziec najlepiej). to jakieś uzależnienie.
                            • natasza39 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 22:00
                              Bo to jest uzaleznienie.
                              Jako lekarz wiesz, że lepiej sie leczy z uzależnienia kogoś kto jest w nałogu
                              pare lat a nie kilkanaście.
                              Jak ja wyszłam z tego Ty tez wyjdziesz.
                              Skup sie na pracy, dziecku, no może niekoniecznie w tej kolejności.
                              Idź do psychologa. Naprawde pomaga rozmowa z kimś kto sie na tym zna.
                              Powodzenia. Uda Ci się!!!

                              Przytulanie się do kata, nie jest najlepszym lekarstwem na brak czułości....
                              • karolina784 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 22:07
                                Chyba to sobie wszystko wydrukuje i będe czytała co wieczór do poduszki. Cały
                                dzień trzymam się dzielnie, nalpierw praca, potem mała w domu. ale kiedy
                                wieczorem siadam do książki i próbuje się uczyć to myśli same uciekaja o te
                                pare kilometrów. za co nie cierpię siebie najbardziej, to za to że nie potrafię
                                wyobrazić sobie siebie z kimś innym. akiedy pomyślę,że on moze kogośmieć
                                poprostu mnie skręca. to chyba tez jest chore, ale mam nadzieję, że uleczalne.
                                Poprostu nigdy nie myślałam,że bedę się rozwodzić. wręcz byłam pewna, ze mnie
                                to nie spotka. a tu taki cios. szkoda tylko tej następnej. jej też pewnie
                                naobiecuje cuda i kolejne nieszczęście gotowe. takim facetom powinno się
                                tatuować na czole "byłem złym mężem".
                                • natasza39 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 22:17
                                  Hehehe, przypomniałam sobie moja przyjaciółkę, która po ponad 20-latach
                                  małżeństwa z tyranem, który zawsze wiedział lepiej a nia i dziecmi pomiatał,
                                  wreszcie odeszła od buca, zwanego mężem.
                                  Jak na początku dowiedziała się że kogoś ma też ją skręcało, a teraz (w
                                  ostatnią sobotę) powiedziała mi, ża zasadniczo, to ona babie współczuje, bo nie
                                  ma na świecie takiej francy, która za karę przechodziłaby to co ona.


                                  A może i bedzie szczęsliwy kiedys ten Twój mąż.
                                  Mojemu, jak się rozstawaliśmy powiedziałam, że on tez się pomylił w wyborze, bo
                                  powinien sobie slepą, głuchą i ociężałą na umyśle znaleść. On byłby dla niej
                                  bogiem jedynym, a tworzyliby zgodny zwiazek typu: Słońce (on) i jego satelita
                                  (ona). A ja juz miałam dosc swojego słońca, jakoś tak jak Ikarowi mi sie
                                  skrzydełka zaczęły opalać.
                                  A słońce tez w nadiarze nie służy i mozna raka skóry dostać.

                                  Więc na razie to boli, że może ma inna, że ty jestes sama a on moze ma kogoś.
                                  spokojnie, to przejdzie.
                                  To czas najlepiej leczy rany, pani doktor... Przekonasz sie sama
                                  • karolina784 Re: W Tobie jest strasznie duzo żalu.... 10.10.05, 22:39
                                    Może i ja będę kiedyś na takim etapie. Teraz jesnak czasami jeszcze mi sie
                                    wydaje że moglibyśmy być szczęsliwi we trójkę. Ale to jest już tylko czasami> a
                                    tak generalnie to jestem na niego tak wściekła,że wcale nie chcę aby on był
                                    szczęśliwy. Niech będzie sam i tylko patrzy z daleka jak my jesteśmy szczęśliwe
                                    bez niego. bardzo okropna jestem/ Mam nadzieje,że to tylko złośc, bo jeszcze
                                    nigdy nikomu źle nie życzyłam. Mam nadzieję że i to minie. Strasznie się
                                    denerwuję jeszcze jedną sprawą. Mieszkam teraz z rodzicami, a on ich nie cierpi
                                    ( kiedyś nawet uderzył mojego ojca)> wypowadziłam się od niego dwa miesiące
                                    temu I on od tamtej pory nie widział dziecka. Twierdzi,że do moich rodziców nie
                                    pzryjedzie, chce małą zabrać. tylko ja się boję że może ona już do mnie nie
                                    wroci. jak widzisz po nim można się wszystkiego spodziewac. I co dalej? córcia
                                    skończy trzy lata, tatuś zacznie ja zabierać i zrobi dziecku wodę z mózgu a ze
                                    mnie wyrodną matkę co go od dziecka oddzieliła. włos mi się jeży jak o tym
                                    pomyślę.
    • wolf1234 Re: samotna mama 10.10.05, 23:00
      1. na forum można uzyskać dobrą poradę dotyczącą wywabiania plam, z dobrymi
      radami, w sprawach które mogą mieć konsekwencje na całe twoje życie jest dużo
      gorzej...
      2. To nie jest forum ogólno dostępne. To jest forum samodzielnych mam. Kobiet,
      które albo nigdy nie wyszły zamąż, albo się rozwiodły, albo nie żyją z mężem z
      innych powodów. To w jakiś sposób zmieniło ich światopogląd. Weź to pod uwagę...
      • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 23:10
        A może ich światopoglad zmnienił się bo na ich drodze stwanął jakiś palant,
        który ośmielił się ukrascim trochę życia i nie źle w nim namieszac? Przemyśl to
        sobie zanim rozmowę doświadczonych przez zycie i palantów kobiet porównasz do
        porad o wywabianiu plam.
      • natasza39 Re: samotna mama 10.10.05, 23:23
        wolf1234 napisał:

        > 1. na forum można uzyskać dobrą poradę dotyczącą wywabiania plam, z dobrymi
        > radami, w sprawach które mogą mieć konsekwencje na całe twoje życie jest dużo
        > gorzej...
        > 2. To nie jest forum ogólno dostępne. To jest forum samodzielnych mam. Kobiet,
        > które albo nigdy nie wyszły zamąż, albo się rozwiodły, albo nie żyją z mężem z
        > innych powodów. To w jakiś sposób zmieniło ich światopogląd. Weź to pod
        uwagę..

        Od czasu do czasu zdarza się również poczytać taki kwiat rozsadku jakim ty
        jesteś.
        Dlatego własnie lubie, to forum, że nawiedzaja go równiez prorocy tacy jak ty.

        A ty wolf do jakiej kategorri się zaliczasz?
        Wiem że czytasz Chmielewska, znaczy się czytac umiesz...
        Wiem że umiesz pisać, bo piszesz.
        I wiem, że znów nici dzis z seksu u Ciebie, bo zamiast pisac bzdury byłbyś/abyś
        teraz w łóżku z ukochana osoba, a nie pisał/ła bzdury...
        • wolf1234 Re: samotna mama 10.10.05, 23:34
          Mimo wszystko napisze jeszzce raz.
          1. Udzielacie rad osobie której sytaucji nie znacie zupełnie. Nie jest to zbyt
          rozsądne.
          2. Ponieważ jest to forum samodzielnych mam, można spodziewć się większej
          reprezentacji pewnych opinii. Tylko o tym przypomniałem

          Nie lubię argumentów ad personam. Nie służą niczemu. jeżeli nie masz nic
          Ciekawego do napisania, to nie pisz.
          bez odboiru
          • natasza39 Re: samotna mama 10.10.05, 23:40
            wolf1234 napisał:

            > Mimo wszystko napisze jeszzce raz.
            > 1. Udzielacie rad osobie której sytaucji nie znacie zupełnie. Nie jest to zbyt
            > rozsądne.
            > 2. Ponieważ jest to forum samodzielnych mam, można spodziewć się większej
            > reprezentacji pewnych opinii. Tylko o tym przypomniałem
            >
            > Nie lubię argumentów ad personam. Nie służą niczemu. jeżeli nie masz nic
            > Ciekawego do napisania, to nie pisz.
            > bez odboiru


            A cóż Ty takiego ciekawego powiedziałeś?
            Zcharakteryzowałes wszystkie tu piszące osoby wsadzajac je do jednego koszyka!
            Ale jak sie zaczęłam zastanawiać co ciebie skłoniło do napisania na tym forum,
            to rźniesz intelektualistę, pożal się boze.
            Kazdy tu piszący oczekuje rady, jesli zwraca się do tego forum.
            Moze tych rad posłuchac albo i nie.
            To wcale nie oznacza, że wszyscy tu piszący znaja świat tylko z perspektywy
            która opisałeś w pierwszym poscie!
          • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 23:40
            jesteś mężczyzną więc nie mogłeś być w takiej sytuacji. to bardzo pomaga, gdy
            ktoś, kto jest obiektywny i ocenia suche fakty bez emocji, podpowie ci jak on,
            w tym przypadku ona, zachwała się w takiej sytuacji. to może być dla ciebie
            banalne, ale wierz mi, dla mnie nie jest i atwiej mi przechodzić przez to
            wiedząc że ktoś bardziej doświadczony może mi poradzić. W dodatku dobrze jest
            sie wygadać. Ekstrawertycy nie maja wrzudów na żołądku.
            • natasza39 Re: samotna mama 10.10.05, 23:44
              karolina784 napisała:

              > jesteś mężczyzną więc nie mogłeś być w takiej sytuacji. to bardzo pomaga, gdy
              > ktoś, kto jest obiektywny i ocenia suche fakty bez emocji, podpowie ci jak
              on,
              > w tym przypadku ona, zachwała się w takiej sytuacji. to może być dla ciebie
              > banalne, ale wierz mi, dla mnie nie jest i atwiej mi przechodzić przez to
              > wiedząc że ktoś bardziej doświadczony może mi poradzić. W dodatku dobrze jest
              > sie wygadać. Ekstrawertycy nie maja wrzudów na żołądku.

              No właśnie, wrzody... Wiem cos o tym!
              Jak na dzisiaj to dosyć jak dla mnie.
              Dobranoc karolino, ja Ci zawsze służyć rada mogę, jesli tylko Ci sie na coś
              przydadzą.
              Pozdrawiam i dobranockismile
              • karolina784 Re: samotna mama 10.10.05, 23:47
                Na wrzody najlepszy gastrolog. i ich wartoich lekceważyć, bo mogą być
                zdradliwe. ja już nakarmiłam maleńką i też idę spac. jutro trudny dzień. odezwę
                się wieczorem. Jeżeli jesteś ciekawa jak było w sądzie, to zajrzyj. Dobranoc.
                  • karolina784 Re: No i jak po sprawie? 11.10.05, 23:40
                    Zasadniczo nie było najgorzej, choć byłam strasznie zdenerwowana. ja poprostu
                    czuję ,ze nie robię tego co bym chciała. Przed weyściem na salę, moja ijego
                    mecenas chwilę porozmawiały. Tamta twierdzi ze on mnie bardzo kocha i tam
                    takie. Na sali oboje powiedzielismy, ze nie chcemy zgody (tylko ze ja nie
                    wnioskowałam o nieorzekaniuwiny a on chce rozwodu z mojej winy). Po sprawie
                    poprosił mnie o chwile rozmowy. I wtedy sie zaczęło. nie wytrzymałam i
                    rozkleiłam się. I tak: on twierdzi ze nas bardzo kocha i chce zebyśmy byli
                    razem. oczywiście to ja miełabym wrócić do jego domu. obiecuje że jego rodzice
                    nie będą mieli do nas wstępu ale moi tez nie mogą przyjeżdżać. ale bardzo chce
                    tych badań genetycznych. ja powiedziałam ze jeżeli chce myśleć o pogodzeniu się
                    to o żadnych badaniach nie może być mowy. Tak dla zasady. Ja wiem kto jest
                    ojcem mojego dziecka. Do dziecka ma być wynajęta niania. zasadniczo to tyle.
                    ale on nie zmieni ani pracy ani domu. zaczęłam się łamać. Może powinnam
                    spróbować jeszcze raz? może tym razem się uda? Moja pani adwokat jest bardzo
                    doświadczonym prawnikiem. powiedziała mi że uważnie go obserwowała i nie wydaje
                    jej się, aby on był taki zły. Ona twierdzi, że widać iz on mnie kocha i że mu
                    zależy. a to co było w pozwie to sa tylko głupoty jego adwokata. Moja pani
                    mecenas nawet zaoferowała się że może z nami porozmawiać i spróbuje nam pomóc.
                    Ona jest po mojej stronie więc chyba nie zależy jej na tym by kręcić. I co ty
                    na to? strasznie sie pogubiłam. ale naprawdę go kocham.
                    • natasza39 Re: No i jak po sprawie? 11.10.05, 23:57
                      Nie wiem co ja na to...
                      Jestem jak najdalsza od dawania rad w stylu: masz go rzucić i już!
                      Nie znam sytuacji obiektywnej. Całość mogę oceniać jedynie po Twoich
                      wypowiedziach.
                      Oczywiście, gdybyś wróciła, to nie wyobrażam sobie aby mogło być tak jak
                      dawniej, bo wtedy byłby to masochizm z Twojej strony. Musielibyście, oboje
                      (podkreslam OBOJE) isc na jakąś terapię. Przemoc wobec Ciebie, te badania
                      genetyczne na potwierdzenie ojcowstwa, uzaleznienie od matki, ponizanie i
                      deprecjacja Twojej osoby wymagaja leczenia jego osoby- to napewno!
                      Z drugiej strony czy to co czujesz do niego to tylko miłość?
                      Kochanie tez ma swoje granice. A nadstawianie drugiego policzka ma sens tylko
                      raz, bo o trzecim i n-tym razie Biblia juz nie wspomina.


                      Powiem Ci tylko na koniec, że.....
                      Odeszłam pierwszy raz od męza, gdy byłam 3,5 lata po slubie. Mój syn miał wtedy
                      roczek. Kochałam i uwierzyłam mu, że się zmieni. Chciałam mu cholernie wierzyć,
                      ze się zmieni.
                      Wróciłam, choć cały świat (nawet jego rodzona siostra) mówiła odejdź, zostaw to.
                      A potem....
                      Potem to juz wiesz jak było....

                      Ale Tobie życzę aby Ci się udało.
                      Pamietaj tylko o jednym, bo to bardzo ważne!
                      Powiedziała mi to pewna mądra osoba, która pomogła mi odejść na zawsze, kiedy
                      się znowu wahałam, że może tym razem, jednak będzie inaczej...

                      Powiedziała mi tak....
                      Możesz wrócić i spróbować, ale pamietaj, że jak znowu podejmiesz decyzję o
                      odejściu, ja już Ci nie pomogę. Stracisz dla mnie wiarygodność.
                      Za każdym razem wydaje się że to juz ostatni raz i potem bedzie tylko lepiej.
                      I za każdym razem jest coraz mniej ludzi obok, którzy chca nam pomóc w tym aby
                      znów zacząć od nowa.

                      No właśnie zobacz jaka gra słow..
                      Czy tym razem będzie to "odnowa", czy może " od nowa"?


                        • karolina784 Re: A i jeszcze jedno! 12.10.05, 00:14
                          I jeszcze jedno. Teraz mieszkam u rodziców. Mój ojciec wyraźnie zapowiedział mi
                          ze jeżeli się wyprowadze do niego, to do domu nie mam już powrotu. Nawet
                          pokłócił się o to z moją mamą. Więc jeszcze jest ten problem że nie będę miała
                          gdzie pójść. A na razie sama nie dam sobie rady. Dobranoc. może jutro obudzę
                          sie mądrzejsza.
                      • karolina784 Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 00:08
                        Przez to co piszesz przemawia rozsadek i doświadczenie. To jest mądre i chyba
                        gdybym chciała być rozsądna do bólu to powinnam to zrobic. tylko zanim to
                        nastąpi, muszę w jakiś sposób uciszyć swoje serce. Nie czułam nic bardziej
                        okropnego niż to, gdy mowiłam dzisiaj w sądzie, że nie chcę z nim być a tak
                        naprawde wyrywalam się do niego. I kiedy odpychałam jego reke a tak naprawdę
                        chciałam żeby nigdy jej nie zabierał. Czasami sobie myśle: wyszłam za mąz z
                        miłości, rozwieść powinnam się z rozsądku. Ale bardzo trudno wprowadzić to w
                        życie. Stanąc twarza w twarz z faktem, ze on nie jest już mój, że teraz bedzie
                        pzrytulał kogoś innego. to bardzo mnie boli.
                        • mrs_ka Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 01:32
                          Nie czułam potrzeby wypowiadania się, bo Natasza pisała wszystko.
                          Ja Ci napiszę za to z perspektywy osoby, która odchodziła w sumie pięc razy,
                          piąty raz był tym ostatnim.
                          Na ból serca nie ma lekarstwa poza czasem. Będzie boleć tak długo, jak trzeba i
                          tego procesu się nie przyspieszy. Rozum nie ma tu nic do rzeczy.
                          Natasza ma rację we wszystkim, co tu napisała.
                          Wierzymy w to, w co chcemy uwierzyć. I jesli chcemy wierzyć to żadna siła nas od
                          tego nie odwiedzie. Rozumiem nadzieję, bo ona zawsze umiera ostatnia, a w
                          dodatku umiera w agonii. I trzeba wiele czasu, aby w końcu oddała ostatnie
                          tchnienie.
                          Ja wierzyłam, bo bardzo pragnęłam, aby moje wyobrażenia były prawdziwe. Chciałam
                          pełnej rodziny, ale przede wszystkim kochałam mojego byłego męża. Odchodziłam
                          cztery razy, bo nie mogłam wytrzymać- wracałam, bo tez nie mogłam wytrzymać. W
                          każdym słowie, deklaracji, cieplejszym tonie dopatrywałam się oznak poprawy i
                          nadziei na zmianę. Tej zmiany nie było. Najgorsze jednak było to, że po każdym
                          powrocie następował okres euforii i mówiłam sobie "tak, to była słuszna decyzja,
                          przecież jesteśmy dla siebie stworzeni". A potem dostawałam po dupie tak, że
                          coraz trudniej było mi się podnieść. Z biegiem czasu okresy wzlotów się
                          skracały, a upadków wydłużały.
                          Wiem jednak, że tutaj radzić nei można, bo każdy sam musi to przezyć i każdy
                          musi sam sprawdzić, czy nadzieja w jego przypadku jest matką głupców, czy
                          fundamentem odnowy. Tego nie wie nikt.
                          Natomiast widzisz: Twój mąz chce badań, chce także rozwodu z Twojej winy (jeśli
                          juz miałoby dojśc do rozwodu). Ja natomiast myślę, że przy wychodzeniu z kryzysu
                          podstawą jest pokora. Żeby znaleźć wspólny punkt zawsze trzeba cofnąc się kilka
                          kroków i uzyskać perspektywę sytuacji. Trzeba ugiąć karku i spuścić z tonu, bo
                          inaczej to nie będzie partnerska decyzja tylko rządy autokraty. I mnie się
                          postawa Twojego męza w tym miejscu nie podoba.
                          Wracajac do moich wspomnień:
                          Kiedy eks wracał do mnie pierwszy raz był bardzo pokorny. Ale tylko do momentu,
                          w którym nie uzyskał pewności, że wrócę. W czeluściach mojego komputera
                          przetrwały dwie umowy, które kiedyś spisaliśmy. Zawierały one nasze oczekiwania
                          wobec drugiej strony. Pamiętam punkt mojej umowy, który brzmiał:
                          "Nie będę starał się ranić A. i celowo nawiązywac do kwestii, które są dla niej
                          bardzo bolesne"
                          Czy uwierzysz, że ten punkt zawierał erratę mojego Eksa w postaci dopisku "O ile
                          na to nie zasłuzy"?
                          Wtedy jednak tak bardzo- jak sądziłam- pragnęłam i potrzebowałam Eksa, że byłam
                          gotowa na wszystko. Włącznie z takim kompromisem. Ocalały też moje zapiski z
                          tego okresu- żałosne, rozpaczliwe notatki o tym, że brakuje mi Go jak powietrza.
                          Egzystowałam wtedy od poniedziałku do poniedziałku, bo to były dni, w których
                          spotykałam się z Eksem na terapii (mieszkaliśmy wtedy osobno). Kiedy patrzę na
                          to teraz, to nasze zejście wydaje mi się nieuchronne. Byłam jak w amoku i
                          nieustannie zyłam nadzieją. Z dzisiejszej perspektywy uważam tamte miesiące za
                          początek końca. Sięgnęłam wtedy takiego dna upodlenia i uzależnienia od drugiej
                          osoby, że po prostu nie byłabym w stanie znieść tego po raz drugi. Wtedy jednak
                          jeszcze tego nie wiedziałam.
                          Jeżeli jednak Twój kompromis ma polegać na tym, że "zaczniecie wszystko od nowa"
                          (trudno o bardziej niekonkretne i złudne sformułowanie), że on "będzie się
                          starać" (jw.) to zaopatrz się w piankową podkładkę na własną pupę. Bo
                          niewątpliwie zostanie ona mocno obita.
                          Jeśli wracać- to na precyzyjnych zasadach. Uznając własne błędy, ale
                          jednoczesnie jasno mówiąc, że pewnych cudzych błędów nie będzie się dłużej
                          tolerować. Koniecznie z terapią u psychologa- koniecznie! Spróbowac wziąć za
                          pysk własne emocje i powiedzieć sobie, że sama deklaracja o miłości to nie
                          wszystko. Bo to naprawde nie wszystko. Bardzo często rozstają się ludzie, którzy
                          nadal się kochają, ale jednocześnie krzywdzą się tak bardzo, że nie mogą dłużej
                          ze sobą być. Dlatego choćby serce wyło, a łóżko wabiło- spróbować jeszcze
                          uruchomić głowę i postawić jasne granice. I obstawać przy tej terapii oraz
                          okresie karencji: bez seksu, bez czułości, czysta obserwacja tego, na ile druga
                          strona jest poważna. Jeśli naprawdę będzie poważna to przyszłość Ci wynagrodzi i
                          ten celibat, i te szalejące obecnie emocje.
                          Powiem Ci na koniec, ze przezywasz normalny stan- nawet jeśli uważasz się za
                          pierwszą i jedyną. Większośc z nas naprawdę przechodziła to samo.
                          Rób tak, żebyś nie żałowała. Jeśli wrócisz do męza to pamiętaj, żeby zrobić to
                          mądrze, bo tylko to zwiększy Wasze szanse. Emocje i gorący seks temu nie
                          sprzyjają, bo powodują zamącenie obrazu sytuacji.
                          To forum istnieje już długo i nic nie wskazuje na to, aby coś miało to zmienić.
                          Jeśli się Wam uda, to wszystkie serdecznie Ci pogratulujemy, bo to będzie
                          wspaniała wiadomość. Jeśli nie- zawsze możesz tu wrócić i nikt nie rzuci w
                          Ciebie kamieniem. Doświadczenie trzeba zdobyć, bo nikt się z nim nie rodzi. I ta
                          sama nadzieja, która nas czasem dobija, jednoczesnie przesądza o tym, że
                          jesteśmy ludźmi- dlatego niewarto się jej pozbywać.
                          Trzymam za Ciebie kciuki.
                          a.

                          ps. a Twoi rodzice zwyczajnie Cię kochają i dlatego składają tego typu
                          oświadczenia. Jeśli jednak my- obce baby- jesteśmy w stanie Cię zrozumieć, to
                          tym bardziej zrozumie Cię własny ojciec. Przekonasz się.
                            • karolina784 Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 16:11
                              bardzo dobrze opisalaś to co teraz czuję, moze tylko z wujatkiem tego, ze ja
                              wiem ze nie sestem pierwsza, która to przechodzi. Za to mysle że będę pierwszą,
                              której uda się wszystko zmnienić. Sa jednak momenty kidy dociera do mnie
                              bezsens takiej nadziei. skoro jest tyle przykładów, ze faceci się nie zmieniają
                              to dlaczrgo mój ma być inny? Az taka wyjatkowa nie jestem. zastanawia mnie
                              tylko, dlaczego mój adwokat namawia nas abysmy sie porozumieli? na pewno nie ma
                              w tym interesu> to jest bardzo madra kobieta i doświadczony prawnik. Moze z
                              tego powinnam czerpac jakaś nadzieję? a z drugiej strony może mój maz mnie
                              kocha ale moze tez nie potrafi mnie nie ranic?
                              • edzieckokarenina Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 16:30
                                karolina784 napisała:

                                > bardzo dobrze opisalaś to co teraz czuję, moze tylko z wujatkiem tego, ze ja
                                > wiem ze nie sestem pierwsza, która to przechodzi. Za to mysle że będę
                                pierwszą,
                                >
                                > której uda się wszystko zmnienić. Sa jednak momenty kidy dociera do mnie
                                > bezsens takiej nadziei. skoro jest tyle przykładów, ze faceci się nie
                                zmieniają
                                >
                                > to dlaczrgo mój ma być inny? Az taka wyjatkowa nie jestem. zastanawia mnie
                                > tylko, dlaczego mój adwokat namawia nas abysmy sie porozumieli? na pewno nie
                                ma
                                >
                                > w tym interesu> to jest bardzo madra kobieta i doświadczony prawnik. Moze z
                                >
                                > tego powinnam czerpac jakaś nadzieję? a z drugiej strony może mój maz mnie
                                > kocha ale moze tez nie potrafi mnie nie ranic?
                                ***
                                sama musisz podjąc decyzję,ale z własnego doświadczenia,jak i z doświadczenia
                                innych osób wiem że takie powroty się nie sprawdzają.To tylko strata czasu i
                                nerwów, pewnie też znajomi i Twoja rodzina odsuną się od Ciebie trochę,ponieważ
                                oni mają chłodne podejście do sytuacji i spodziewają się jak to się może dla
                                Ciebie zakończyć.
                                Ale tak to już jest na świecie,że dopóki sami się po raz setny nie sparzymy to
                                i tak będziemy próbować.
                                Trzymaj się i nie ulegaj innym (mężowi, pani adwokat- chyba nie jest dla Ciebie
                                jakimś super autorytetem?...) słuchaj samej siebie i dokładnie sobie przypomnij
                                jak wyglądał Twój związek z tym facetem.Przeanalizuj co on Ci teraz proponuje:
                                co i na jakich warunkach? a może nic Ci nie proponuje prócz słów: spróbujmy
                                jeszcze raz..
                                no cóż, przemyśl to wszystko i nie daj się zwieść
                                • karolina784 Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 16:35
                                  tak naprawde to on nic nie chce zmienić. A przynajmniej nie to na czym mnie
                                  najbardziej zależy. Obiecuje, ze jego matka nie będzie przychodzić, a jak
                                  przyjdzie to mogę jej nie wpuscić. Ala skad mam pewnośc,ze wtedy nie zrobi mi
                                  awantury? co jest jeszcze najgorsze to ten dom stoi w szczerym polu. nie ma
                                  żadnych ludzi wokól. Chodzi mi przede wszystkim o dziecko. nie wiem jak ona
                                  będzie się wychowywac bez innych dzieci, toearzystwa do zabawy. choć on
                                  obiecuje inaczej, to wiem,że maz nie bedzie miał czasu jej wozić do koleżanek.
                                  chyba chce ja wychować na takiego samego odludka jakim sam jest. tylko dlaczego
                                  wciaz go kocham?
                                  • edzieckokarenina Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 16:42
                                    karolina784 napisała:

                                    > tak naprawde to on nic nie chce zmienić. A przynajmniej nie to na czym mnie
                                    > najbardziej zależy. Obiecuje, ze jego matka nie będzie przychodzić, a jak
                                    > przyjdzie to mogę jej nie wpuscić. Ala skad mam pewnośc,ze wtedy nie zrobi mi
                                    > awantury? co jest jeszcze najgorsze to ten dom stoi w szczerym polu. nie ma
                                    > żadnych ludzi wokól. Chodzi mi przede wszystkim o dziecko. nie wiem jak ona
                                    > będzie się wychowywac bez innych dzieci, toearzystwa do zabawy. choć on
                                    > obiecuje inaczej, to wiem,że maz nie bedzie miał czasu jej wozić do
                                    koleżanek.
                                    > chyba chce ja wychować na takiego samego odludka jakim sam jest. tylko
                                    dlaczego
                                    >
                                    > wciaz go kocham?

                                    ***
                                    dlaczego wciąż go kochasz? bo odkochać się nie jest prostą sprawąwink
                                    to emocje-a nad nimi ciężko panować, tu najlepszym lekiem jest czas(stary
                                    frazes-ale prawdziwy).Też tak myślałam po rozstaniu z ex,ale teraz jest mi już
                                    całkowicie obojętny, więc powtórzę-czas jest najlepszym lekiem.
                                    I taka uwaga do tego co napisalaś, zadaj sobie sama te pytania:
                                    czy Ty mu wierzysz,że jak zamieszkasz z powrotem w ich domu będzie inaczej??
                                    na jakiej podstawie masz przypuszczać że będą się inaczej zachowywać? czy
                                    przeszli jakąś psychoterapię kiedy Ciebie nie było?wink
                                    pewnie będą spokojni przez kilka dni,ale potem wszystko wróci do normy
                                    (cokolwiek to znaczy).
                                    I co to znaczy że masz nie wpuścić teściowej kiedy będzie do Ciebie chciała
                                    wejść?wink przecież taka Twoja postawa byłaby początkiem awantury i szarpaniny z
                                    teściową.Czy tak mam wyglądać poczucie bezpieczeństwa? masz się
                                    obawiać "wejścia" teściowej i ewentualnie tarasowac jej drzwi?
                                    to brzmi niepoważnie
                                    czy on nie chce się wyprowadzić i zamieszkac tylko z Wami???
                              • mrs_ka Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 16:35
                                Cóż, ja widzę po swoim życiu, że historia lubi się powtarzać. MOja matka
                                odchodziła od ojca kilka razy, ile- tego już nawet nie pamiętam. Na pewno dwa
                                razy składała pozew, a wyprowadzek nie liczę. Za pierwszym razem dla ojca było
                                to szokiem, bo pierwszy raz jest zawsze największym otrzeźwieniem. To chyba
                                wszyscy potwierdzą. I jest jeszcze jedna reguła: jeśli pierwszy raz nie
                                poskutkuje, to już żaden nie poskutkuje. W tym przypadku maksyma "do trzech razy
                                sztuka" się nie sprawdza. Ten pierwszy raz to jest moment szoku, który trzeba
                                maksymalnie wykorzystać. Wtedy jeszcze motywacja jest dość wysoka i nie działa
                                reguła "i tak do mnie wróci". Jest szansa, że potrząśnie się kimś na tyle mocno,
                                że coś faktycznie się zmieni. Oczywiście przy udziale terapeuty, co będę
                                nachalnie podkreslać.
                                Wracając do mojej matki: został złożony pozew i matka wzięła adwokata. Ojciec
                                też. Mój ojciec jest człowiekiem o niezwykłej charyzmie i jego adwokatka bardzo
                                szybko uległa zauroczeniu przez swojego klienta. Traf chciał, ze prywatnie
                                przyjaźniła się z adwokatką mojej matki. Była pod takim wrażeniem miłości mojego
                                ojca do matki, że zadzwoniła do swojej koleżanki i powiedziała "Krysia, ja wiem,
                                że to nieetyczne, ale ty się nie podejmuj tej sprawy, bo ten facet tak bardzo
                                kocha zonę, że grzechem byłoby przyłożyć rekę do ich rozwodu". Zaznaczam: była
                                to adwokatka z dużym doświadczeniem zawodowym, która wielu klientów rozwiodła. I
                                adwokatka matki podjęła się mediacji skutkiem czego do rozwodu nie doszło.
                                Rozwiedli się dwadzieścia lat później. Zmieniło się o tyle, że nie była już bita
                                i zamykana w łazience. Przemoc psychiczna pozostała, a wliczam w to chorobliwą
                                zazdrośc, odgradzanie matki od rodziny i znajomych, oraz agresję typu rzucanie
                                naczyniami, szklankami z kompotem i całkowite odcięcie sie finansowe. Moja matka
                                przez 20 lat sama utrzymywała rodzinę jednocześnie będąc żoną zamożnego
                                biznesmena. Obecnie jest steraną życiem kobietą, która marzy jedynie o spokoju.
                                Jej dzieci sie już wyprowadziły, najbliższa jej osoba (siostra) jest śmiertelnie
                                chora i moja matka nie ma nic. Po prostu nic oprócz gorzkiego doświadczenia, na
                                które naprawde nie zasłuzyła, bo jest wspaniałą osobą.
                                Tak więc pamiętaj, że słowa nic nie kosztują. Deklaracje także. Jesli mojemu
                                ojcu udało się zwieść adwokatkę kutą na cztery kopyta, to czemu Twój mąz miałby
                                być gorszy? Nie przywiązywałabym się tutaj do opinii prawników bo to tylko
                                ludzie. Równie podatni na manipulację co przeciętny człowiek.
                                Żądaj konkretów i faktów.
                                a.
                                • karolina784 Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 21:07
                                  Chyba wszystkie macie racje.Jakąś godzinę temu rozmawiałam z moim mężem.
                                  Wyobraźcie sobie że on jeszcze śmie stawiać warunki. stwierdził,że nie mam
                                  prawa powiedzieć złego słowa na jego rodzinę (on niby też ma się powstrzymać).
                                  nawet jeżeli będą mnie obrażać to mam "prawo wyrazić swój żal i niezadowolenie"
                                  ale nie mam prawa nic złego powiedzieć i zwrócić im uwagi. On też przy mnie nie
                                  zwróci im uwagi, bo to on decyduje jak i kiedy z nimi rozmawia. Jeżeli to
                                  zrobię to on zakarze mojej mamie wstępu do JEGO domu.
                                  Mam dawać na życie całe swoje zarobione pieniądze (1000 zŁ) i on też będzie
                                  dawał tysiąc, nawet jeżeli zarobi więcej. Całą reszte zainwestuje w "naszą
                                  przyszłość" czyt. swoją - rodzinną firmę. Na moje pytanie dlaczego ja mam dawac
                                  cae swoje pieniądze a on tylko część, odpowiedział,że powinnam mieć do siebie
                                  pretensje że tak mało zarabiam. To z grubsza tyle. nie zły psychol. I on sądzi
                                  że ja do niego wróce?
                                  • karolina784 Re: No i jak po sprawie? 12.10.05, 22:57
                                    W odpowiedzi na pytanie: mój mąż mieszka sam i nie może się stamtąd wyprowadzić
                                    bo to jest jego dom. mamy podpisans intercyzę, więc gdyby znowu nam nie wyszło
                                    to ponownie wyprowaqdzać się będę ja. jego matka nie mieszaka z nim ale pracuje
                                    jakieś sto metrów od tego domu więc rozumiesz, że nie ma daleko. On absolutnie
                                    nie chce sie wyprowadzić stamtąd. i gdyby sytuacja była inna to bym to
                                    zrozumiała - nie po to budujesz dom aby w nim nie mieszkać. ale w teym
                                    przypadku odbieram to jako wybór: bardziej mi zalezy gdzie mieszkam niż z kim
                                    mieszkam> byleby tam. nieważne z kim. dla mnie ten dom i firma są ważniejsze od
                                    nas. dlatego tak kurczowo sie ich trzyma.
                                    i jeszcze jedno, mój mąż stwierdził dzisiaj że powinnam spokorniec i zacząc mu
                                    ustępować. to juz moim zdaniem szczyt!
    • magdmaz Re: samotna mama 13.10.05, 07:40
      Karolina -jak dla mnie - na powrót jest ZA WCZEŚNIE!!! Przemyśl to. Widzisz - u
      mnie sytuacja dość podobna, ale ja nie wróciłam. Od rozstania minęło półtora
      roku. On wciąż ma nadzieję, SPOKORNIAŁ (?), potrafi błagać na kolanach. Może
      gdybym chciała wrócić, teraz byłby na to czas - albo nawet JESZCZE NIE. Ale ja
      nie chcę. Damski bokser się nie zmienia. Może gdyby uderzył Cię raz w życiu.
      Ale nie, jeśli to się powtarzało.
      Nie wracaj jeszcze. Nie zadrażniaj sprawy, nie walcz, tylko obserwuj. Czekaj.
      Daj mu czas, niech myśli. Niech robi zestawienia - co stracił,co zyskał. Ty
      też. Dziewczyny napisały Ci już wszystko. Ale pamiętaj, że masz prawo do
      własnej decyzji, własnych wyborów, nawet własnych błędów. Ty, i tylko Ty możesz
      podjąć tę decyzję - i Ty poniesiesz jej konsekwencje.
      trzymam kciuki.
      • karolina784 Re: samotna mama 13.10.05, 07:53
        wiem ze decyzja jest moja, ale dobrze pordzić się kogos doświadczonego.mnie
        jest troche lzej. Uderzył mnie tylko raz. ale u nas jest juz w toku rozwód. i
        czy mam go wstrzymywac czy doprowadzić sprawe do końca. czy po rozwodzie mozna
        dalej byc razem?
          • karolina784 Re: samotna mama 13.10.05, 14:25
            Mój adwokat zasugerował, abym złożyła pismo o odroczenie orzeczenia rozwodu. Ja
            jesnak po rozmowach z nim zastanawiam się, czy wogóle jest sens to robic. Moze
            przeciąć to i nie męczyc sie tylko iść dalej? Bo skąd mam gwarancję ze on
            zmięknie, tak jak twój maz.Dlaczego nie chcesz wrócić? Czy uważasz ze on tylko
            udaje? Czy znacie pary, które wróciły do siebie po orzeczeniu rozwodu? co z
            tego wyniknęło?
            • magdmaz Re: samotna mama 14.10.05, 08:43
              Nie chcę wrócić, bo go już nie kocham.
              Bo przez dziesięć lat postępował ze mną fatalnie i zamordował moje uczucia.
              Nawet nie jestem w stanie zakochać się w nim od początku, bo dziś jestem trochę
              kimś innym niż 13 lat temu i TAKI mężczyzna jak mój były mąż nie pasuje mi w
              żadnej sferze. Ani jako partner, ani jako kochanek, ani jako przyjaciel. Za
              chiny ludowe nie zamieszkam z nim pod jednym dachem, wolałabym być samotna do
              końca życia.
              Bo on sam się oczywiście nie zmienił, być może zmieniłoby się jego postępowanie
              wobec mnie i na pewno zmieniło się jego postępowanie wobec dzieci. Bo moje
              dzieci nie były z nim zbytnio związane- był takim wujkiem, co przyjeżdża od
              czasu do czasu, pokrzyczy i znów wyjedzie; zabierze najwyżej na spacer, ale
              raczej podrzuci babci, a na spacer pójdzie z mamą.
              Obok moich Rodziców mieszka małżeństwo, które się rozwiodło (albo rozstało na
              parę lat), a teraz znów są razem. Nie wiem, jak im jest. Kiedyś mieszkali u
              jego rodziców na drugim końcu Polski, potem ona wróciła do swoich rodziców, w
              końcu on też przyjechał i teraz mieszkają u jej rodziców razem. Mają jedną
              córkę, była już w szkole jak się rozstawali, teraz ma pewnie 11 czy 12 lat.
            • julia.68 Re: samotna mama 14.10.05, 11:40
              A ja bym się zastanowiła nad zmianą adwokata. Czy przypadkiem twój mąż nie
              tylko zauroczył panią mecenas, ale i zastosował inne argumenty? Stać go prawda?
              Jest agresywny i bogaty. Jak nie zastraszenie to przekupstwo.
              Stanowczo radzę: tylko rozwód z orzekaniem o winie i wysokie alimenty ma Ciebie
              i dziecko. Schowaj uczucia głęboko. Będzie jeszcze gorzej. Wykop głęboki dołek
              i pochowaj nadzieję. Zrób duży napis na bristolu: JESTEM GŁUPIA, NAIWNA i
              NIESAMODZIELNA, ALE WALCZĘ Z TYM i powieś nad łóżkiem.
              Za co Ty kochasz tego palanta? Co z Tobą jest nie tak, że dawałaś się
              upokarzać, bić, poniżać, okradać? Wychodzisz za prywaciarza i inteligenta w
              pierwszym pokoleniu jak sądzę, któremu słoma z butów wystaje a żona lekarka ma
              pasować do życiorysu, podpisujesz intercyzę, okłamujesz, a gdy w końcu
              podejmujesz jedyną rozsądną decyzję - łamiesz się. Masz wszystkie atuty w ręku
              i szansę na lepsze życie - za jakiś czas.
              Rozwód z jego winy i to szybko. Ale pamiętaj, nic tak nie rani faceta, jak
              dobranie się do jego kieszeni i publiczne upokorzenie. Nie mniej wyrzutów
              sumienia i nie mniej wątpliwości. To żałosne, jak kombinujesz: czy po rozwodzie
              będziemy razem?
              Nie będziecie. Będziecie się nienawidzieć, mąż będzie wytaczał Ci kolejne
              sprawy o obniżenie alimentów, przepisze dom i cały interes na mamusię, będzie
              domagał się spotkań z dzieckiem i wymyślał perfidne sposoby zatruwania Ci
              życia. Masz to jak w banku.


              • natasza39 Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 14.10.05, 18:29
                A w życiu....
                No cóż. Jak się ktoś zmienia, to przeważnie na gorsze, a jak się kończy
                związek, to nie po to, żeby żyć nadzieją, że kiedyś w pewnej galaktyce....
                spotkacie się i będziecie zyli długo i szczęsliwie.
                Owszem znam dwie pary, które próbowały zejść się po rozwodzie, ale obie sprawy
                zakończyły się tak samo- rozstaniem.
                Mozna jeszcze pomysleć o powrocie, jesli jedna ze stron zauroczy się
                kochankiem, lub kochanka i próbowac odbudować związek, który się rozpadł.
                Niektórym się wtedy udaje, jak zeszlajanay małzonek, wraca na "łono" rodziny,
                ale czy maja do siebie zaufanie jak przed tym, to juz inna sprawa.
                Ale jak nie ma tego, czy tej "trzeciej" a rozstanie nastepuje na wskutek cech
                charakteru, tak jak w przypadku twojego meża nie do przyjecia, to powiedz mi po
                co wracać do czegoś co było niedobre. Charakteru sie nie da zmienić i finał.

                Odpowiedz sobie, czy chcesz być realistką, czy bujać w obłokach i żyć
                złudzeniami?
                Pamiętaj tylko, że jesteś teraz odpwoiedzialna nie tylko za siebie, ale o swoje
                dziecko również. Matki muszą byc realistami, bo po dupie potem dostaje równiez
                ich dziecko. Na bujanie w obłokach mozna sobie pozwolić będąc nastoletnią
                siusmajtką.
                • karolina784 Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 14.10.05, 21:32
                  chyba macie rację, Czas przestać się łudzić i iśc dalej. czasami, kiedy z nim
                  rozmawiam zastanawiam się tylko, co było w nim takiego, ze go pokochałam? czy
                  aż tak się zmienił, czy nie pokazywał jaki jest naprawdę, czy może pokochałm
                  moje wyobrażenie o nim. Na szczeście to już nie mój problem.
                  • kini_m Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 16.10.05, 12:50
                    Co prawda piszesz że juz zdecydowałaś, ale pozwolę sobie jeszcze dopisać swoje
                    zdanie.

                    Bardzo podpisuję się pod radą Magdy
                    >na powrót jest ZA WCZEŚNIE!!!
                    >Niech robi zestawienia - co stracił,co zyskał. Ty też.
                    To chyba najlepsze wyjście, bo nie zamyka szansy, ale daje szansę na spojrzenie
                    z dystansu.

                    A jeśli będziesz próbowała coś jeszcze wskrzeszać, to zwrócę uwagę na kilka
                    zdań które tu padły:
                    edzieckokarenina napisała
                    >a może nic Ci nie proponuje prócz słów: spróbujmy
                    >jeszcze raz..
                    Faktycznie ponowna próba nie może się zakończyć na tak ogólnikowych słowach.
                    Moja pani nawet w którymś momencie wyszła sama właśnie z taką propozycją. Ale
                    gdy spytałem jak ona sobie wyobraża to: "na nowo, jeszcze raz" - nie umiała nic
                    odpowiedzieć, ani nawet pociagnąć tematu. Związek rozpadł się po 2 miesiącach.

                    Natasza, nie krytykuj nawracaczy.
                    po 1. - zostać raz uderzoną to sytuacja, w której jest jeszcze szansa na nie
                    zabrnięcie w przemoc fizyczną. Miałaś faktycznie kilkanaście lat mordęgi, ale
                    za bardzo na siłę wrzucasz swoją tak ciężką perspektywę na kogoś kto jest
                    dopiero całkiem na początku i choćby dlatego ma jeszcze znacznie większe szanse
                    na podjęcie próby. Unikajmy dostrzegania klona swego exa w innym facecie,
                    którmu daleko do ideału (jak każdemu z nas).
                    po 2. - fajnie by było jakbyś nieco inaczej podzieliła się swoim
                    doświadczeniem. Mianowicie oświecała od czego należy uciekać (a nie od kogo),
                    do jakich sytuacji nie doprowadzać, jakie wymagania stawiać, jak samemu pomagać.

                    mrs_ka napisała
                    >Ja natomiast myślę, że przy wychodzeniu z kryzysu
                    >podstawą jest pokora.
                    Tak. Tylko że każda ze stron zazwyczaj uważa, że to ta druga powinna
                    spokornieć. I co wtedy? Barykadujemy się na własnych oczekiwaniach. Pamiętam
                    jak moja pani spokorniała: skończyła krzyczeć do mnie wrzaskiem "Ty H... i
                    Ch...!!!". Mówiła o wiele spokojniejszym tonem: "Jesteś ch.... i każdy kto
                    ciebie zna to potwierdza." To nie mniej bolało, widziałem że się stara bo
                    zmniejszyła chociażby siłę głosu. Czy to było spokornirnie? I tak, i nie.
                    Więc z tym spokornieniem to okropnie subiektywna sprawa.

                    >I obstawać przy [...] oraz okresie karencji:
                    >bez seksu, bez czułości, czysta obserwacja tego, na ile druga
                    >strona jest poważna.
                    Może... Tak wyglądała moja pierwsza próba ratowania związku, kiedy juz po 1,5
                    roku związku zaczynałem się "dusić" kolejnymi złamanymi obietnicami, niemal
                    całkowitym brakiem zaufania.
                    To może być jedynie punkt wyjścia, próba zrzucenia toksyczności. W tym okresie
                    karencji ona chyba jednak nie załapała o co chodzi - w towarzystwie czasami się
                    naigrywała: "Ale my się przecież nie kochamy." I to chyba byłby dobry sygnał
                    żeby skończyć coś bardziej zdecydowanie.
                    Ale taka karencja nie wystarczy na długo, bo i tak ciągnie się do siebie
                    nawzajem, po kilku miesiącach znowu byliśmy zpowrotem w łóżku, a na teście były
                    dwie kreseczki. Byłem wkurzony, bo widziałem że to nie był jeszcze czas na
                    dziecko, jak zapewne wszyscy tutaj. (Ale córka akurat wyśmienicie się udała.)
                    No i musiałem napewno zagryźć twardo zęby na czas ciąży, czyli znowu jeszcze
                    bardziej się dusić. Zaczęły się ciężkie 3 lata, w których tylko coraz bardziej
                    wpadałem w depresję, z której jako tako się zacząłem się podniosić pod koniec
                    związku gdy zaczęła do mnie naprawdę docierać jej znieczulica i poleganie tylko
                    na sobie.

                    Rosa
                    Dobrze by było wysnuć jakieś porady co do terapi. (Ja też obstaję przy terapi,
                    choćby dla uratowania dogadywania się na rzecz dziecka, jeśli nawet nie dla
                    ratowania związku.)
                    Bo wiem że terapueta też musi być dobrze dobrany, np. nie może to być zwykły
                    psycholog.
                    Dwoje błędnych psychologów na których trafiliśmy to:
                    a) jeden skupiał się na rozliczaniu (a byłem wtedy łatwym celem bo byłem w
                    totalnej depresji, wyszliśmy stamtąd bardziej poróżnieni niż weszliśmy)
                    b) drugi tylko gadał i gadał (i nic praktycznego z tego dla nas nie wynikało)
                    Wg mnie nawet podczas terapi nie wstydzić się zmieniać terapeuty.

                    Karolina, jeszcze do Ciebie:
                    >zastanawia mnie tylko, dlaczego mój adwokat
                    >namawia nas abysmy sie porozumieli? na pewno nie ma
                    >w tym interesu to jest bardzo madra kobieta i doświadczony prawnik.
                    To nie jest zła postawa. Bo jesli zdecydujesz się odnowić małżeństwo, będzie Ci
                    bardzo potrzebne abyś miała jakieś wsparcie ludzi w realu, a nie tylko w naszym
                    wirtualnym świecie.

                    >Nie czułam nic bardziej
                    >okropnego niż to, gdy mowiłam dzisiaj w sądzie, że nie chcę z nim być a tak
                    >naprawde wyrywalam się do niego. I kiedy odpychałam jego reke a tak naprawdę
                    >chciałam żeby nigdy jej nie zabierał
                    To oboje wiecie. Tylko że nie wiecie, że każde z Was musi odpuścić coś na czym
                    bardzo zależy drugiemu. Odpępnienie nie może wchodzić w negocjacje, to musi się
                    zrealizować w czasie. Znosiłbym dalej jeśli przywali mi partenerka, ale jeśli
                    teściowa to więcej moja noga by tam nie postała.

                    Tak naprawdę najcięższym problemem w ewentualnym ratowaniu Twojej rodziny jest
                    odpępnienie męża od jego rodzinki. Nie mam pojęcia jak to skutecznie zrobić.
                    Ale wiem że aby to zrobić skutecznie, to nie można tego zrobić jednym ruchem.
                    Nasz związek zakończył się właśnie w momencie, gdy ja w końcu postawiłem
                    ultimatum: albo my, albo twoi rodzice (na wakacje przypałętali się zaraz za
                    nami teściowie o czym nie wiedziałem wyjeżdżając). No i wybrała rodziców.
                    Myślę że coś na początek on musiałby coś (nie koniecznie wszystko) odpuścić:
                    albo możliwość krytykowania rodziców (w każdej miłości musi być miejsce też na
                    krytykę, inaczej zaczynasz się dusić w związku),
                    albo przeprowadzka na bezpieczną odległość od teściów (przynajmniej kilka
                    kilometrów).
                    Inaczej udusisz się w tym związku. Partner który tego chociaż częściowo i
                    powoli nie zacznie rozumieć - nic dobrego nie rokuje.
                    pozdrawiam
                    • karolina784 Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 16.10.05, 23:23
                      Wczoraj widziałam się z męzem. Na szczęście nie było moich rodziców i małej,
                      więc mogliśmy ze soba długo posiedzieć i porozmawiać. Choć do spotkania nie
                      doszło bezboleśnie. on wybierał się do kina ze swoją kuzynka a ja zarządałam
                      spotkania. Na początku powiedział,ze on jednak woli mino, no ale później
                      zrezygnował i spotkaliśmy sie. szkoda tylko ze musiało to być w jego domu.
                      myślałam, zejuż tam nie wejdę. no ale nie zjadł mnie. na początku, jak to
                      zwykle bywa zaczeliśmy na siebie warczeć i prawie już pojechałabym do domu, ale
                      po jakimś czasie zaczęliśmy spokojnie rozmawiać. Powiedziałam mu jak wyobrażam
                      sobie ewentualny powrót. ze najwyższy czas aby on, jeżeli nie chce przestac
                      pracować z rodzicami, to aby rozmawiał z nimi tylko o pracy. a nie biagał na
                      skarge, ze ja nie ugotowałam obiadu. powiedziałam mu, może dla Was zabrzmi to
                      głupio, ale chcę aby pomiędzy naszym domem a domem jego siostry był płot (teraz
                      jest tylko trawnik). albo jesteśmy sami albo wogóle. jeżeli ten dom ma być moim
                      domem to ja mam prawo o nim decydować tak samo jak on. i on ma respektowac moje
                      decyzje (przecież go nie zburzę). (ja wiem że to brzmi głupio, ale to były
                      naprawdę punkty zapalne w naszym związku). Ma od początku ustawić matkę tak,
                      abym ja już nie musiała interweniować. Ona nie ma prawa powiedziec na mnie nic
                      złego. Takie sytuacje jakie do tej pory miały miejsce nie mogą sie powtórzyc.
                      On stwierdził, ze dobrze by było, abyąmy nie krytykowali naszych rodzin.
                      chciałabym aby on wreszcie przestał sie przede mną asekurować i zaczął mi ufać.
                      aby mówił mi o tym co się dzieje w jego życiu i nie tylko o dobrych sprawach
                      (nigdy nie mówił mi gdy miał problemy z rodziną). ale najważniejszy problem to
                      opieka nad dzieckiem. on chce opiekunkę. ja mogłabym sie nawet na to zgodzić,
                      ale tylko na część tygodnia. chciałabym aby przez resztę tygodnia mała była z
                      moja mamą. i wylkuczona jest pomoc jego matki. poprostu nie oddam jej mojego
                      dziecka. i juz. wolę nie być z nim, niż powierzyć jej małą. on chce abyśmy obie
                      rodziny traktowali na równi. ja nie moge sie na to zgodzić, przynajmniej nie
                      teraz. nie ludzi którzy tak mnie skrzywdzili.
                      on niby twierdzi,że mógłby się na to zgodzic. ale powrót do niego to dla mnie
                      utrata rodziny. n przykład świąt. Nie wiem czy powinnam wybrać jego, który tak
                      mnie już skrzywdił, czy moich rodzicó, i cała resztę. oni na pewno nie będą
                      chcieli go widywać, nie po tym co zrobił.
                      zaproponował abyśmy poszli do psychologa. mamy umówić się na ten tydzień.
                      strasznie to co napisałam chaotyczne. ale jakoś nie moge pozbierać myśli.
                      I co Wy na to?
                          • kini_m Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 20.10.05, 19:59
                            JA z moją panią korzystaliśmy z pomocy 2 psychologów i próby mediacji u
                            terapeutów. Więc udzielę własnych spostrzeżeń:
                            - każde z was musi mieć poczucie jego bezstronności (psycholog musi schować
                            gdzieś swój światopogląd na rodzinę)
                            - czuć się wysłuchanym przez niego (nie może dominować w gadaniu)
                            - jeśli nie będzie spełniał waszych (obojga) oczekiwań nie wstydźcie się
                            zmienić na innego;
                            Nie nastawiajcie się, że od ręki pomoże rozwiązać Wasze porozumienie.
                            Ale nie możecie też wyjść od niego poróżnienie - zwłaszcza jeśli Wy wykazujecie
                            się chęciami.
                            Nie szukajcie wtedy po sobie winy, tylko zmienice wariant.
                            Powodzenia.
                              • karolina784 Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 20.10.05, 22:30
                                Ja nie bardzo wierzę, że to coś da, ale nie chcę sobie potem zarzucać ( i
                                wysłuchiwać od niego), że nie zrobiłam wszystkiego dla ratowania naszego
                                związku. Byż może jutro się zobaczymy. on zaproponował kino - no wiecie, taka
                                powtórka z dobrego kiedys. Ale jeszcze nie wiem czy pójdę. Nie ukrywam że
                                bardzo bym chciała aby nam się udało, tylko że mam coraz mniej nadziei. On
                                stawia warunki dla mnie nie do przyjęcia. Uważa że jeżeli oboje oddzielimy się
                                od naszych rodzin to to nam może pomóc. tylko że ja mu nie bardzo wierzę,że on
                                przestanie informować swoją rodzinę o tym, co sie u nas dzieje. I, może to
                                zabrzmi dziecinnie. ale nie mogę zerwac ze swoją rodziną. Bo jeżeli znowu nam
                                się nie uda, to nie bę dę miała gdzie wrócić. Przyznam się szczerze, ze jestem
                                już potwornie zmęczona mieszkaniem z rodzicami. Ale co mam zrobić. Nie stac
                                mnie na mieszkanie i nianię. Gdybym tylko mogła, to wyprowadziłabym się jutro.
                                ale nie mogę. I na rodzinę moge liczyć w ciężkich chwilach, a na niego nie. Nie
                                chciałabym aby to zabrzmiałow ten sposób, ze ja wybrałam rodziców, ale nie
                                ukrywam że bardzo mi pomogli. natomiast jemu nigdy do końca nie ufałam. gdy
                                tylko próbowałam się do niego zbliżyć, on zawsze znalazł moment aby tę moją
                                słaba strone wykorzystać i mój problem obrócić przeciwko mnie i w awanturze mi
                                wykrzyczeć.
                                tak sobie to wszystko piszę, i zastanawiam się, czy on był naprawdę taki podły.
                                  • karolina784 Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 20.10.05, 22:42
                                    Ok.masz rację. tylko czemu tęsknię? czemu nie umiem sobie wytłumaczyć, że już
                                    po wszystkim i iść dalej? czemu czekam na każdy telefon, każdy gest z jego
                                    strony. przecież ta wizyta u psychologa jest bez sensu. ja nie ustąpię i on
                                    też. ale to jest możliwość na jeszcze jedną godzinę z nim. mam nadzueję że to
                                    mi szybko minie, bo inaczej zwariuję.
                                    aha, mojej córci wyszedł trzeci ząbek!!!!!!!!!
                                    • karolina784 Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 20.10.05, 22:55
                                      I jeszcze jedni. jak ma wytrzymac z rodzicami nastepne trzy lata, tzn do czasu
                                      jak mała pójdzie do przedszkola, a ja mam nadzieję zaczną więcej zarabiać. oni
                                      sa naprawde bardzo dobrzy. zajmują się małą i pomagają mi. ale ja już tyle lat
                                      mieszkałam sama, ze nie mogę się znowu przyzwyczaić do wiecznego zwracania mi
                                      uwagi i traktowania jak dziecko. bardzo mnie to męczy. nie chce wyjść na
                                      niewdziecznicę, bo naprawde wszyscy bardzo mi pomagają, ale chciałabym mieszkać
                                      osobno.
                                      • julia.68 Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 21.10.05, 10:49
                                        W sprawie rodziców - trudno radzić. Dla nich bedziesz zawsze małą dziewczynką.
                                        Spróbuj im spokojnie wytłumaczyć, że jesteś dorosła i bardzo im wdzięczna za
                                        pomoc, ale wierzysz, że pomagają z bezinteresownej miłości do Ciebie i wnuczki.
                                        Powiedz, że zdajesz sobie sprawę z uzależnienia od nich, ale masz nadzieję, że
                                        nie będą wykorzystywać swojej przewagi. Możesz coś wspomnieć o długu, który
                                        spłacisz za 20-30 lat opiekując się nimi.
                                        Co do uczuć do męża. Rozumiem Cię aż za dobrze. Rozstałam się z eksem dawno,
                                        musiałam to zrobić wbrew uczuciu podjełam decyzje, ale łamałam się tak jak Ty i
                                        do dziś gdzieś na dnie serca trzymam obraz faceta, który wygląda jak mój eks,
                                        ale ma zupełnie inny zestaw cech, tęsknię za kimś, kto był w moim sercu i
                                        wyobraźni i kto nigdy naprawdę nie istniał.
                                        Poza tym czas, czas, czas...
                              • kini_m Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 21.10.05, 15:00
                                natasza39 napisała:
                                > No tobie się nadzwyczajnie udało kini_m!
                                > Pasiesz ja pierdołami psychologicznmi.
                                Natasza, a Ty "pasiesz" Karolinę subiektywizmami, w których faceta którego nie
                                znasz (a znasz jedynie jakąś część opowieści o nim) dopatrujesz się klona
                                swojego własnego (a nawet najtrudniejsze Twoje dzieje do tego Cię nie
                                upwoważniają). Kiedys chyba Cię spytałem: czy wiesz które z nas (ja i exia)
                                pisze prawdę? Odpowiedizałaś rzeczowo: nie wiem. Ale dzisiaj zachowujesz się
                                juz jakbyś wiedziała kto pisze prawdę (w znaczeniu obiektywnym).
                                Twoje słowa są wartościowe - bo dodają wsparcia Karoli, ja zauważam na co
                                innego - aby wśród tego złożonego problemu złapała nieco dystansu i omijała
                                drobne szczegóły które moga zaprzepaścić jej szanse.
                                > Spójrz na siebie co to warte jest?
                                > Facet karoliny jest niereformowalny, tak jak ty, Twoja Pani i kupa innych
                                > ludzi
                                Reformowalność - punky widzenia zależy od punktu siedzenia. Cały blues polega
                                na tym, aby wśród tego co niereformowalne odnaleźć to co wartościowe,
                                pocigające, reformowalne, itp, itd...
                                Ale rozumiem że Ty Nataszo wśród całej otchłani gadzinostwa mężczyzn (i
                                zaledwie niwielkiej części gatunku na wymarciu) uważasz się za szanowną
                                reformowalną. Odłóż samozachwyt i wyższość swych doświadczeń na bok - wtedy
                                zaczyna się radzenie a nie pouczanie.
                                • kini_m Re: Przemiany i good endy, sa tylko w bajkach.... 21.10.05, 20:27
                                  natasza39 napisała:
                                  > No tobie się nadzwyczajnie udało kini_m!
                                  - No nawzajem, Tobie też wybitnie sie nadzwyczajnie udał pierwszy związek,
                                  jeszcze lepiej niż mi. Więc po co ta wyższość?
                                  - KAŻDY Z NAS udziela tu rad ze swego dramatycznego doświadczenia. Tylko że ja
                                  staram się udzielać jak omijać rafy i dobić do brzegu, a nie jak od razu
                                  uciekać na inną wyspę (jesli rozumiesz przenośnię). Dorosłość nie polega na tym
                                  aby preferować ucieczkowość ponad próby ratowania. Sorry Nataszo, ale
                                  zachowujesz sie jak nadopiekuńcza mama, która odniosła porażkę i za wszelką
                                  cenę chce komuś młodszemu uświadomić, że jej też się napewno nie uda.
                                  - Bez urazy, ale Nataszo wspierałaś tu Karolinę w taki sposób, że dałaś do
                                  zrozumienia że jej własne próby są nic nie warte, a tylko Twoje doswiadczenie
                                  jest jedyne słuszne. Skończ widzieć siebie w Karolinie. Twoje błędy były Twoimi
                                  błędami. Jej próby będą całkiem inne, nawet jesli w jakiejś części wydają Ci
                                  się podobne.
                                  - Po tutejszych komantarzach, można pomysleć że jeśli czuje potrzebę bliskości
                                  do mężczyzny to jest to chore w takiej sytuacji. I czuje się z tym jak
                                  nienormalna, podczas gdy jest jak najbardziej zdrowa. Wiecie co, zapędzacie ją
                                  tym tylko w kozi róg, wzbudzacie poczucie własnej winy za odczuwane naturalne
                                  potrzeby, które i tak ma każde z nas.
                                  - Konkretniej o moich doswiadczeniach z porażek:
                                  a) Na to co miało być terapią wybraliśmy się do zwykłych psychologów (a nie
                                  terapuetów specjalizujących się w terapi rodzinnej). Każdy z nich nie mając
                                  właściwego warsztatu umiejętności próbował pomóc na własną rękę. Teraz wiem że
                                  to był błędny adres, ale moja wiedza o szukaniu pomocy w tamtym czasie była
                                  jaka była.
                                  b) Z kolei na próbę mediacji udaliśmy się do terapeutów od leczenia uzależnień
                                  (a nie fachowych mediatorów) - efekt taki sam.
                                  Stoję na stanowisku, że jeśli od początku byłby właściwie dobrany fachowiec -
                                  to były szanse na uratowanie rodziny. (Choć samo to by nie wystarczyło -
                                  potrzebne dalsze terapie indywidualne, wyjasnienie mi na czas na czym polega
                                  DDA, i jak w takiej sytuacji pomóc własną postawą - bo jednak trzeba się nieco
                                  dopasować.)

                                  Karolina, ja mam wiarę od początku do końca. A nie tylko od końca, jak
                                  niektórzy. Aktywnie szukałem różnych sposobów rozwiązania problemu: zmiany
                                  swojej postawy, dopasowywania się, odnosiłem też porażki. Gdy to nie
                                  wystarczało szukałem też tej pomocy na zewnątrz: psychologowie, terapeta,
                                  psychiatra, rozmowy z jej przyjaciółką. I uważam że próby nigdy za mało. Bo
                                  proces dojrzewania się nie kończy nigdy, i szlag mnie trafia gdy dziewczynki
                                  uzurpują sobie tutaj jakieś szybsze prawo. Każdy kto mysli że już jest
                                  dojrzały - właśnie jest dzieckiem.
                                  Ale mam też szacunek dla jej wyborów - nie wydzwaniam do niej z napominaniami
                                  że źle zrobiła, że ma wrócić, lub coś podobnego. Jedynie po roku ponownie
                                  zapytałem o jej zgodę na terapię rodzinną dla exów, którą wstępnie się zgodziła
                                  rok temu (wpierw uprzedzała że potrzebuje roku własnej terapi) - niestety tym
                                  razem się nie zgodziła.
                                  • natasza39 kini_m powiem krótko! 21.10.05, 20:43
                                    Twoje posty sa nieczytalne, więc sie nie wgłebiam, ale z łaski swojej przestań
                                    mi robic pierdołowata psychoanalizę, bo gó.. wiesz o moim zyciu.
                                    Ja tu strepteasu psychologicznego, w przecowieństwie do ciebie, nie robię, więc
                                    tyle o moich doswiadczeniach w temacie "przemoc w rodzinie" wiesz co ja o
                                    balecie rosyjskim!
                                    Moja babcia mówiła "W dupie byłes i gó.. widziałes".
                                    Jak ulał ta stara gnoma pasuje do ciebie!
                                    • kini_m powiem krócej 21.10.05, 20:50
                                      ...więc zacznij wspierać budująco a nie destrukcyjnie, bo w tym widać zazdrość
                                      nawet nie znając dokładnie czyjejś historii. (I nie dowalam tu Tobie jako
                                      kobiecie, bo miałem to okazję coś podobnego widziec tez u facetów.)
                                      • natasza39 Re: powiem krócej 21.10.05, 21:22
                                        kini_m napisał:

                                        > ...więc zacznij wspierać budująco a nie destrukcyjnie, bo w tym widać
                                        zazdrość
                                        > nawet nie znając dokładnie czyjejś historii. (I nie dowalam tu Tobie jako
                                        > kobiecie, bo miałem to okazję coś podobnego widziec tez u facetów.)


                                        Zazdrość??? A o co!
                                        kini_m, powtórze!
                                        Odpieprz się ode mnie!
                                        • karolina784 Re: powiem krócej 22.10.05, 14:00
                                          Przykro mi że kłócicie się przeze mnie. Ja z wielką wdzięcznością przeczytam
                                          rady wszystkich. Rozumniem,że kini_m patrzy na to z punktu widzenia faceta. Kto
                                          wie może mależy do tych którzy rzeczywiście walczyli o swój zwiazek. Jednak
                                          ważne są dla mnie również uwagi Nataszy, bo a) jest kobietą, więc patrzy na te
                                          sprawy z takiej perspektywy jak ja b)przeszła to samo i dobrze że chce uchronic
                                          kogoś młodszego przed swoimi błedami. Myslę,że rzeczywiscie powinnam uczyc się
                                          na błędach innych a nie swoich. I tak podpowiada mi mój rozsądek. Jest jednak
                                          druga strona medalu, czyli głupie serce, które rwie się w stronę kogoś kogo
                                          kocha, nawet jeżeli ten ktoś krzywdzi. I to chyba się nigdy nie zmieni.
                                          Wczoraj byliśmy na kolacji i w kinie. W restauracji przez dobrą godzinę
                                          dogryzaliśmy sobie i to nie było miłe. Póxniej poszliśmy do kina (w zasadzie ja
                                          poszłam sama, a on przyszedł za mną), a potem udało się nam porozmawiać. Myślę,
                                          że na spokojnie udałoby się nam dojść do porozumienia. Ale są dwie kwestie w
                                          których zadne z nas nie chce ustąpić. Ja nie zgadzam się na badania genetyczne
                                          ( to jest jego dziecko, ale nie będę mogła być z kimś kto w tak ważnej kwestii
                                          mi nie ufa), on zaś nie zgadza się aby dzieckiem opiekowała się moja mama,
                                          nawet jeżeli oznaczać by to miało 3-4 dzniowe wyjazdy raz na kilka miesięcy.
                                          Ogólnie doszliśmy do wniosku, ze rozstaliśmy się bo nie mogliśmy dogadać się w
                                          sprawie pierdół. A ta awantura z matką była tylko pretekstem. Gdyby popatrzył
                                          na nas ktoś z boku, powiedziałby że my nie mamy zadnych problemów. Bo i
                                          jesteśmy zdrowi i dziecko udane, i nie mamy problemów finansowych. My jakoś nie
                                          potrafimy sie dogadać . Dla mnie kwestia opieki nad dzieckiem jest tak ważna
                                          z,e nie moge ustąpić. a może przesadzam?
                                          • obseerwator kilka pytań 22.10.05, 14:07
                                            przepraszam, jesetm facetem, ale się wtrące, bo mnie to zaintrygowało - menadry
                                            kobiecej psychiki są dla mnie strasznie fascynujące, pisze to bez cienia
                                            złosliwości.

                                            jak możesz być z facetem, ktory otwrcie zarzuca Ci zdradę (przecież o to chodzi
                                            z tymi badaniami)?

                                            jak możesz być (wykształcona, inteligentna kobieta) z facetem, który Cię
                                            uderzył i pobił, któregoś z Twoich rodziców (przepraszam ,ale nie pamiętam
                                            którego?

                                            czy nie boisz się , że osoba, która używa przemocy wobec słabszych (zakładam,
                                            że jesteś słabsza fizycznie), za jakis czas po prostu pobije wasze dziecko.
                                              • obseerwator Re: kilka pytań 22.10.05, 14:38
                                                jest tylko jeden sposób, niestety, przeczekać i przejdzie, u mnie to trwało
                                                ponad dwa lata, aż , któregoś dnia się obudzilem i poczułem, że wreszcie jej
                                                nie kocham
                                                • karolina784 Re: kilka pytań 22.10.05, 15:30
                                                  ale to brzmi okropnie. Przecież nie po to wychodziłam za niego za mąż, aby
                                                  czekać teraz na dzień, gdy się obudzę i pomyślę że go nie kocham. Tak jak nie
                                                  chcę aby on kiedyś tak pomyślał.
                                                  • kini_m Re: kilka pytań 24.10.05, 13:56
                                                    Karolina, z postów moich i Nataszy masz napewno jeden wniosek:
                                                    -którąkolwiek drogę wybierzesz będziesz miała wsparcie w każdej decyzji, bo
                                                    część osób tu preferuje zdecydowane odcięcie sie od exa, inna część osób
                                                    próbuje jednak dostrzegać możliwość happy endów.
                                                    Niżej podaję jeden z przykładów na forum (choć inna sytuacja, ale też z
                                                    początku zdawło sie beznadziejna, a nawet ja nie broniłem tam faceta):
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=22839219&v=2&s=0
                                                    Nataszo,
                                                    >Zazdrość??? A o co!
                                                    -O to, że komuś udało by się lepiej, niż osobie która popiera budowanie przez
                                                    uprzednią destrukcję (tu: Tobie).
                                                    Nataszo moja "wizja" nadziei rozkłada sie inaczej niż Twoja, bo myślę że nie
                                                    wykorzystałem wszystkich możliwości aby uratować swoją rodzinę.
                                                    Gdybym na tamten moment miał to forum, miał wiedzę o problemach o których
                                                    mówiłem że są u nas genezą problemu, gdybym..., gdybym...
                                                    I ścierpiałbym bym znacznie jeszcze więcej niz to czym "obdarzała" mnie moja
                                                    pani, bo dla córki warto, dla jej potrzeb bycia przy obojgu rodzicach.
                                                    Dziś mogę tylko pisać dla tych, którzy są w tym decydującym momencie co ja
                                                    byłem kiedyś - dopóki trwa dopóty można ratować.
                                                  • natasza39 O ratowaniu do kini_m! 24.10.05, 14:10
                                                    Wymiękasz facet!
                                                    Ja swoja rodzinę "ratowałam" przez 17 lat!
                                                    Więc nie pieprz mi o ratowaniu, bo ja akurat doskonale wiem co to jest.
                                                    I nie pieprz mi o kochaniu, o przebaczaniu, bo ksiązkę na ten temat mogę
                                                    napisac.
                                                    O przemocy, o zdradach, o kłamstwach, o zazdrości o tym jak to jest kochac
                                                    kogos tak bardzo, że pomimo, że rani cie jak nikt inny kochasz go nadal. Wbrew
                                                    rozsadkowi, sobie samemu i całemu światu.
                                                    Ja to wszystko wiem, dlatego wiem teraz gdzie jest granica, od której nie warto
                                                    juz nic ratowac, bo i tak będzie koniec, a wszystko co robimy to przedłuzanie
                                                    agonii.
                                                    Trzeba po prostu wiedziec kiedy dać sobie siana!
                                                    Ja na tym etapie co karolina i Ty byłam jakies 15 lat temu....
                                                    Stąd wiem!

                                                    a gdybym była zadrosna, to namawiałabym ja aby w tym tkwiła, bo jak ja miałam
                                                    przechlapane, dlaczego inni maja lepiej mieć?
                                                    Tyle tylko, że ja mówię jak jest i jak będzie, a Ty ja kini karmisz mrzonkami i
                                                    zyczeniami na temat tego jak ty się starasz i jak Ci wyjdzie!

                                                    Jak Ci wyjdize i będziesz, że swoja Pania z powrotemn razem, to wtedy głos jako
                                                    specjalista zabierzesz, a na razie weź te swoje rady, zawiń w rulonik i zrób
                                                    tamponik
                                                  • kini_m Re: O ratowaniu do kini_m! 24.10.05, 14:28
                                                    NIE. Znasz jedynie swoją historię, i tylko dla tej indywidualnej histori znasz
                                                    granice. Unosząc się swoim doświadczeniem traktujesz czyjąś obcą historię z
                                                    szablonu. I przeciwko temu wyraziłem zdanie odrębne.
                                                    >Ja swoja rodzinę "ratowałam" przez 17 lat!
                                                    >Ja na tym etapie co karolina i Ty byłam jakies 15 lat temu....
                                                    I właśnie dlatego że nie znasz kolejnych 15 lat Karoliny, i nie ma co
                                                    przesadzać...
                                                    Z tonu Twej wypowiedzi wynika że jednak to "ratowanie" traktujesz dzis jako
                                                    pomyłkę. Ja choć krótszą miałem możliwość "ratowania" to jednak nie będę pisał
                                                    o niej w tonie pomyłki, straty czasu, i nie będę w takim tonie doradzał innym
                                                    osobom.
                                                    >zyczeniami na temat tego jak ty się starasz i jak Ci wyjdzie!
                                                    >Jak Ci wyjdize i będziesz, że swoja Pania z powrotemn razem, to wtedy
                                                    Szanuję jej decyję (prosze skończyć już z podejrzeniami że przez dziecko chcę
                                                    sie do niej zblizyc) i wcalę nie zamierzam jej stawiać jakichkolwiek nacisków
                                                    na odtworzenie rodziny, zwłaszcza że ...
                                                  • karolina784 Re: O ratowaniu do kini_m! 24.10.05, 21:54
                                                    1. ja też nie znam moich kolejnych lat, ale dwa lata temu nie znałam ich tez.
                                                    gdybym wtedy je znała to odeszłabym od niego i juz dawno byłoby po sprawie. nie
                                                    zrobiłam tegi i dlatego sytuacja wygląda tak jak wygląda. nie żałuję ze
                                                    urodziłam dziecko, ale gdybym dwa lata temu miała taką wiedzę jak teraz to
                                                    wubrałabym jej leoszego tatę.
                                                    2. dzisiaj byliśmy u psychologa - po raz ostatni. to dopiero była porażka.
                                                    dowiedziałam się jaka to ze mnie zła matka, bo nie przystaję na jego warunki
                                                    widtwania się z dzieckiem. nie rozumiem, dlaczego to ja mam ustępować? on
                                                    powiedział,że nie odwiedzi dziecka u mnie i już. i to ma byż powód, dla którego
                                                    ja mam mu ustąpić. gdyby jeszcze miał jakieś argumenty. ale jesdyny jego
                                                    argument to jego komfort psychiczny. pani psycholog go poparła i powiedziała
                                                    zebyśmy sie nie szarpali o dziecko. on oczywiście udał niewiniatko i stwierdził
                                                    że dla dziecka spokoju nie przyjeżdża. ale będzie walczył w sądzie. zastanawiam
                                                    sie tylko po co on chce walczyc skoro w dalszej części eozmowy stwierdził że za
                                                    pięć lat to mu będzie wisieć czy ją widuje czy nie. będzie miał juz inne dzieci
                                                    i gdy ona zechce go poznać to stwierdzi, cyt."wiesz lubię cię, ale mam juz inne
                                                    dzieci". ja co raz częściej mam wrażenie ze on jest niezrównoważony
                                                    psychicznie.
                                                    3. czy ja przesadzam? chodzi mi o trzy sprawy. po pierwsze o moje kontakty z
                                                    rodziną. wiem że najlepiej jest gdy nikt się nie wtrąca. ale czy on ma mi
                                                    prawo zabraniac kontaktów z rodzicami i wyznaczac kiedy mogę do nich pojechać.
                                                    przecież sam pracuje ze swoimi(choć twierdzi że w pracy nie rozmawiają o domu,
                                                    to przecież jednak z nimi przebywa). jestem przyzwyczajona do swiąt z rodziną i
                                                    tylko fla jego fanaberii mialabym z tego zrezygnowac i bronić dziecku poznać
                                                    odrobinę normalności? jak można żyć nie dość że na odludziu to jeszcze bez
                                                    rodziny?
                                                    po drugie. czy po tym jak mnie teściowie potaraktowali mogłabym traktować ich
                                                    na równi z moimi rodzicami. on twierdzi ze tak trzeba. po tym jak mąż uderzył
                                                    mojego ojca i pobił mnie, przyjechał,powiedzial przepraszam i na tym się
                                                    skoczyła. dalej potrafił nawyzywac na moją mamę, obrażać nas wszystkich. moi
                                                    rodzice dla świętego spokoju zgadzali się na wszystko. czy do funkcjonowania
                                                    małżeństwa potrzebne jest równe traktowanie obu rodzin? bo moze ja przesadzam.
                                                    po trzecie, chodzi o badania genetyczne. powiedziałam że nie zgadzam się na
                                                    nie, chyba ze sąd mi każe. to zbyt godzi we mnie jako kobietę, matke i żonę. on
                                                    nie rozumnie że dla mnie to że on zobaczy wynik badania nie zmieni tego że mi
                                                    nie ufa, i że te badania to jedynie próba dokopania mi jeszcze bardziej. ja nie
                                                    umiałabym zyć a człowiekiem który watpi w moją wierność nie mając ku temu
                                                    innych podstaw jak słowa swojej mamusi. on tego nie łapie. czy to takie trudne?

                                                    No, ale sie napisałam. strasznie to zagmatwane, ale jakoś nie potrafię tego
                                                    uporządkować. miałam jeszcze nadzieję, ze wszystko da sie posklejać. on nadal
                                                    uważa, ze rozbiłam naszą rodzinę dla swojej "fanaberii", że nie było ku temu
                                                    podstaw. że teściowa wcale mnie nie obraził a jeżeli to wolno jej. że rozwód
                                                    powinien być z mojej winy.
                                                    co Wy myslicie?
                                                  • serengetti Re: O ratowaniu do kini_m! 25.10.05, 09:29
                                                    Karolino, przeczytałam cały wątek (no, prawie – posty pewnych panów omijam z
                                                    daleka, bo mi nerwów szkoda) i wiem jedno – nie powinnaś wracać do kogoś, kto
                                                    Cię skrzywdził i pośrednio zmusił do wyniesienia się (a raczej ucieczki) z
                                                    domu, a teraz stawia warunki i zwala całą winę na Ciebie. To, że nie potraficie
                                                    się dogadać, to może być wasz wspólny problem, ale jeśli jedna strona chce
                                                    mediacji, chce doprowadzić do jakiejś ugody, a druga wyłącznie żąda ustępstw i
                                                    stawia warunki – to sorry, ale dla mnie jest tylko jedno wyjście. Ja wiem, jak
                                                    to boli, gdy rozum każe odejść, a serce woła „stój”. Ale z własnego
                                                    doświadczenia powiem Ci – słuchaj rozumu. Serca już posłuchałaś i jaki jest
                                                    skutek? Dlatego tym razem kieruj się rozumem, lepiej na tym wyjdziesz. Bo
                                                    powrót nie zmieni w Twojej sytuacji nic, a jeśli już – to na gorsze. Myślę, że
                                                    doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Ludzie się nie zmieniają w krótkim
                                                    czasie – na to trzeba lat. No i do tego trzeba sporej determinacji, a w Twoim
                                                    mężu jej jakoś nie widać. Raczej widać ogromną potrzebę, żeby Ciebie pognębić i
                                                    za wszelką cenę pokazać, że to on tu wygrał. Jakby to była gra. Przykro mi, ale
                                                    moja rada: wystąp o rozwód. Albo przynajmniej o separację. Pod opieką rodziców
                                                    (nawet męczącą) będziesz bezpieczna, a Twoja córeczka będzie się cudownie
                                                    rozwijała. Przy tatusiu-psychopacie bardzo wątpię, żeby miała takie szanse. Ja
                                                    też swoje przeszłam, dałam mojemu mężowi drugą szansę i skończyło się to nie
                                                    tylko szybko, ale też bardzo boleśnie dla mnie. Teraz jestem rozwiedziona i
                                                    szczęśliwa, a moja córka rozkwita. Zaufaj swojemu rozsądkowi i instynktowi
                                                    samozachowawczemu. Taka jest moja rada.
                                                  • ewik35 do karoliny 25.10.05, 10:16
                                                    Mam dosc podobna sytuacje, choc pozornie (zewnetrznie) rozna. Tkwie w tym juz 3
                                                    rok, nie umiem podjac decyzji, choc odwiedzilam juz kilkoro psychologow i razem
                                                    tez bylismy na terapii (co jeszcze mnie ugruntowaly w tym, ze On nie chce nic
                                                    zmienic itp., a ja tez mam problem ze z nim jestem). Tkwie w zlym zwiazku z
                                                    czlowiekiem, ktory ma o o sobie dobre zdanie, i ktory sprytnie robi ze mna co
                                                    chce nieswiadomie korzystajac z mojego zaangazowania. Moja uleglosc ani mnie,
                                                    ani jemu nie wychodzi na dobre, a nie umiem sie odciac. Moze sie jakos
                                                    powspieramy ? Napisz na ewik35@gazeta.pl - nawet krotko, odpisze
                                                  • karolina784 Re: do karoliny 25.10.05, 12:26
                                                    kiedy czytam wasze posty na forum uświadamiam sobie, jak wiele dziewczyn jest w
                                                    takiej sytuacji jak ja. w takiej samej albo znacznie gorszej. ja przynajmniej
                                                    mam pracę i miałam dokąd wrócić. zatanawiam sie jednak, skąd sie biora tacy
                                                    psychole, którzyb uzurpują sobie prawo do zawładnięcia i zniszczenia życia
                                                    innym. mam tu na myśli mojego męża, moją teściową, szwagierkę. czy nie
                                                    prościej byłoby żyć sobie w zgodzie, a przynajmniej nie wchodzić sobie w droge
                                                    i nie psuć innym humoru. wiem. idealistka ze mnie. nadal jednak mam nadzieję,
                                                    że kiedyś uda mi się tego dokonać. mam nadzieję,że jeszcze znajdziemy sobie, ja
                                                    i córcia, kogoś kto nas pokocha, przy kim wreszcie poczujemy sie bezpieczne.
                                                    PRECZ Z PSYCHOPATAMI!!!!!!!!!!!!!(I JAKO LEKARZ NIE MAM TU NA MYŚLI OSÓB
                                                    PSYCHICZNIE CHORYCH A JEDYNIE ZATRUWAJĄCYCH INNYM ŻYCIE) smile
                                                  • ewik35 Re: do karoliny 25.10.05, 13:43
                                                    A ja skonczylam psychologie i bardzo sie nia interesowalam choc od zawsze
                                                    pracuje w biznesie, ale uwazam, niektore osoby uważane za zdrowe,
                                                    rozsądne, "normalne" mają tak głębokie zaburzenia osobowosci i tak wiele
                                                    dziwnych utrwalonych przez lata mechanizmow obronnych, ze niestety życia
                                                    wspólnie z taką osobą jest bardzo trudne chyba, że ktoś ma żelazny charakter.
                                                    Ja jestem miękka i ulegam (współ - choruję)
                                                  • kini_m Re: do karoliny 25.10.05, 18:04
                                                    > co Wy myslicie?
                                                    Proszę.
                                                    W Twojej ostatniej opowieści jest wiele kwesti które można na różny sposób
                                                    interpretować, np:
                                                    > dowiedziałam się jaka to ze mnie zła matka, bo nie przystaję na jego warunki
                                                    A przeciez nie napisałaś na jakie on warunki przystał lub realizuje. Więc nie
                                                    będę domniemywał tutaj wiekszości kwesti, które można dowolnie interpretować.
                                                    Skupię się na 3 rzeczach które są dla mnie najwidoczniejsze:
                                                    1. W przypadku psychologa tego się najbardziej bałem (to pisałem) - że może
                                                    niewiele pomóc jesli to słąby fachowiec. Że jesli się chce jeszcze coś
                                                    spróbować, to trzeba naprawdę poszukać wytrwale dobrego specjalisty. Że okropna
                                                    jest sytuacja gdy któraś strona czuje stronnicze traktowanie. Zawsze jeszcze
                                                    można spróbować, ale wyciągnąc jakies konstruktywne wnioski co do tego kogo sie
                                                    radzimy.
                                                    2. > w dalszej części eozmowy stwierdził że za
                                                    > pięć lat to mu będzie wisieć czy ją widuje czy nie
                                                    To jest jednak porażające. Nie chcę tego szerzej komentować, bo takie słowa po
                                                    prostu bolą, wszędzie, każdego. Nie wiem co mogłoby usprawiedliwiać taka
                                                    postawę. Można jedynie miec nadzieję/naiwność, że to co mu sie wyrwało to nie
                                                    jest jego właściwe dążenie.
                                                    3. Oboje walczycie o miejsce swoich własnych rodziców w zyciu Waszej rodziny.
                                                    Ty nie mniej jestes uparta w tym niż on. Wg mnie to jest wada Was obojga i
                                                    dopóki się oboje z tym nie uporacie, dopóki nie odetniecie znaczenia własnych
                                                    rodziców w Waszej rodzinie, słabo widzę szanse na poroumienie. (i nie chodzi tu
                                                    o wymówki wsparcia materialnego). Myślę że sama winnaś do tego dążyć, jesli nie
                                                    już dla obecnego to choć dla przyszłego związku. Zbyt wiele związków rozwla sie
                                                    o rodziców. Mój także.
                                                  • karolina784 Re: do karoliny 25.10.05, 21:21
                                                    co do psychologa to wydawał mi się,że jrst to nie zły fachowiec. oprócz
                                                    psychologii ma równieżskończona medycynę i specjalizację z psychiatrii. i do
                                                    tej pory nieźle mi się z nią rozmawiało. ale wczoraj to wogóle nie dali mi
                                                    dojść do słowa. głównie szczekał on, tylko czasami przerywała mu pani
                                                    psycholog, ale tylko po to aby przyznać mu rację. poprostu mnie zajazgotali.
                                                    ja wiem że nie mam lekkiego charakteru. jestem uparta. ale nie jest to powód
                                                    aby mąż mnie ponizał, bił i pozwalał na toswojej rodzinie (przypomnę że dwa
                                                    razy juz dostałam od swojej teścioiowej). jeżeli chodzi o rodziców, to owszem
                                                    jestem z nimi bardzo związana. ale ja mieszkałam oddzielnie (do teraz) od 19
                                                    roku życia. i kiedy on mnie wyrzucił z domu to ja nie wróciłam do mamusi tylko
                                                    mieszkałam sama w wynajetym mieszkaniu. on został z rodzicami. mie chciał się
                                                    wyprowadzić, bo jakto sam określił "nie będzie się z nimi kłócił". więc kto tu
                                                    jest bardziej związany? ja nie mówię, żeby rodzice przesiadywali u nas od rana
                                                    do nocy, ale świąt sobie bez mojej rodziny nie wyobrażam. zawszwe
                                                    twierdziłam,że korzenie są bardzo ważne. i nawet po tym jak teściowa mnie
                                                    pobiła, to na jego prosbę z nim tam pojechałam. ale ilemożna? co to za
                                                    argument, że poniewaz ona jest starsza, to nie musi mnie przepraszac. wiesz. ja
                                                    nawet ostatnio go zapytałam, czy ona przeprosiłby mnie za tą ostatnią awanturę.
                                                    zgadnij jaka była odpowiedź. niestety, moja teściowa to wyjątkowy kołek i
                                                    jeżeli nie narobi się jej wstydu publicznie (tzn.w mojej obecności) to nie
                                                    zrozumie ,że źle zrobiła.
                                                    i jeszcze jedno, dlaczego moi rodzice mają odpowiadać za zacgowanie jego
                                                    rodziny? dlatego, że oni traktowali mnie jek śmiecia, to także moi nie maja
                                                    widywać wnuczki.
                                                    i wiesz co jest zsatanawiające, on woli nie miec z nia kontaktu wogóle. niż byc
                                                    z nią i odrobinę ustąpic.
                                                    pytałeś w czym on ustąpi. otóż odpowiedx brzmi w niczym. to jego własne
                                                    słowa, "ja dla nikogo z niczego nie będę rezygnował". to ja ponownie musiałabym
                                                    sie przeprowadzac i skazywać na sąsiedztwo jego rodziny. u niego wszystko
                                                    zostałoby po staremu, praca, dom, rodzina na codzień. mnie wolno by było
                                                    widywać się z moimi bliskimi tylko raz na tydzien. wiesz, ja chyba dłużej nie
                                                    umiem tak żyć.
                                                  • kini_m Re: do karoliny 26.10.05, 15:57
                                                    karolina784 napisała:
                                                    > co do psychologa to wydawał mi się,że jrst to nie zły fachowiec. oprócz
                                                    > psychologii ma równieżskończona medycynę i specjalizację z psychiatrii. i do
                                                    > tej pory nieźle mi się z nią rozmawiało. ale wczoraj to wogóle nie dali mi
                                                    > dojść do słowa. głównie szczekał on, tylko czasami przerywała mu pani
                                                    > psycholog, ale tylko po to aby przyznać mu rację. poprostu mnie zajazgotali.
                                                    Wyobrażam sobie, bo byłem w dokładnie identycznej sytuacji. (Pani psycholog i
                                                    moja pani też mnie zajazgotali, a że w tamtym akurat okresie byłem w depresji
                                                    i praktycznie marazmie bo tak na mnie działał ten cały dół rodzinny, więc nie
                                                    umiałem się nawet bronić.)
                                                    Oczywiście można powiedzieć: bądź mądrzejszy i ustąp głupszemu, tylko że tak
                                                    faktycznie nie da się budować rodziny.

                                                    > ja wiem że nie mam lekkiego charakteru. jestem uparta.
                                                    Wiem. Jednak nie upartość jest wartością, ale to czy dobrze oceniamy gdzie ja
                                                    zastosować a gdzie odpuścić. A kazda sytuacja jest bardzo indywidualna.

                                                    > wiesz, ja chyba dłużej nie
                                                    > umiem tak żyć.
                                                    Wierzę. I rozumiem.
                                                    Moge tylko od siebie dodać, że moja rodzina sie rozpadła, gdy teściowie
                                                    przyczłapali za nami na wakacje w góry. My wędrowaliśmy (we trójkę) sobie z
                                                    plecakami, od schroniska do schroniska. Oni siedzieli w jednej miejscowości na
                                                    dupie, ewentualnie podjeżdżajac sobie gdzies samochodem.
                                                    My wszystko sobie razem planowaliśmy. Ale gdy się pojawili to nasze plany
                                                    trzeba było odwołać (mimo iż nawet juz byli w nich w późniejszym czasie
                                                    uwzglednieni teściowie) i to my musielismy sie do nich fatygować (choc nie
                                                    dysponowalismy samochodem, a oni tak). Też jestem uparty i w końcu powiedziałem
                                                    mojej pani: "Albo MY, albo twoi rodzice." No i wybrała. Wróciłem z córką
                                                    następnego dnia z wakacji, bo byłem juz tu tylko dodatkiem do czyjegos życia.
                                                    Reszta była już jej działaniem i coraz głębszym odwetem. Przy czym najdumniej w
                                                    tym momencie nosi się teściowa.

                                                    > ale świąt sobie bez mojej rodziny nie wyobrażam.
                                                    > i nawet po tym jak teściowa mnie
                                                    > pobiła, to na jego prosbę z nim tam pojechałam. ale ilemożna?
                                                    Dużo z siebie tu dałaś. Wierzę, że oczekiwałaś że zostanie to docenione, a
                                                    ostatcznie okazało sie porażką. Wiem jakie to smutne....

                                                    > ale świąt sobie bez mojej rodziny nie wyobrażam.
                                                    > zawszwe twierdziłam,że korzenie są bardzo ważne.
                                                    Tak, korzenie owszem ważne, bo są naszą tożsamością. Ale szacunek, a pępnienie
                                                    do rodziców to dwie różne sprawy.
                                                    Ja akurat tęsknię do momentu gdy będę mógł juz z kimś razem przezyc święta,
                                                    TYLKO NASZE święta.
                                                    pozdrawiam

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka