Okolo 17-tej zadzwonila do mnie sasiadka mieszkajaca nade mna z pytaniem, czy przejalbym i przekazal jej sasiadowi paczke, ktora odebrala z zyczliwosci a musi nagle wyjechac.
Oczywiscie, nie ma sprawy.
Przed godzina zaskoczyl mnie glos silnika samochodu stojacego przed budynkiem.
Zaskoczyl, poniewaz jest to zagroduona wiszacymi lancuchami droga sluzaca wylacznie dla dojazdu sluzb ratunkowych, strazy pozarnej, czasem bawia sie na niej dzieci malujac kolorowa kreda na asfalcie. Z balkonu zobaczylem woz strazacki wysuwajacy drabine z koszem na koncu a w nim strazaka.
Pali sie? Nic nie czulem, alarmu tez nie slyszalem. Gdyby woda zalewala jej mieszkanie, to u mnie kapaloby z sufitu.
Wysuneli na wysokosc balkonu II pietra, czyli do mojej sasiadki.
Krzyczalem z balkonu, ze sasiadka wyjechala, nie slyszeli, warkot silnika zagluszal.
Wyszedlem, zeby ich poinformowac, po co maja wlamywac sie do pustego mieszkania.
Przed wejsciem z drugiej strony budynku stal ambulans karetki pogotowia, radiowoz i zywego ducha.
Przeszedlem do "wozu drabiniastego", pierwsza spotkana osoba byla przesliczna policjantka

,
Przywitalem sie i mowie, ze sasiadka wyjechala..
Okazalo sie, ze przyjaciel sasiadki przyjechal do niej, zastal drzwi zamkniete, na dzwonek, telefon nikt nie reagowal, w parkingu podziemnym stal samochod sasiadki z jej plecakiem i osobistymi rzeczami wewnatrz, wpadl w panike i..
wezwal pomoc podejrzewajac zawal, wylew, morderstwo lub cokolwiek jeszcze innego

Po mojej informacji odwolali akcje, juz odjechali.
Czy wasi mezowie/partnerzy tez poruszyliby niebo i ziemie w takiej sytuacji, aby was ratowac?
PS. Podejrzewam, ze poklocili sie, wyjechala, komorke ma wylaczona, a on przyjechal godzic sie, ineczej sobie nie wyobrazam takiego braku komunikacji wzajemnej