Piszę pod nowym nickiem, bo trochę mi głupio przyznawać się do mojej sytuacji, potrzebuję jednak opinii osób niezaangażowanych.
Żoną jeszcze nie jestem, ale są takie plany, mam jednak sporo wątpliwości, mimo że mój przyszły mąż jest cudownym człowiekiem, najlepszym jakiego znam. Z dobrocią jest jednak tak, że nie można rozdać więcej, niż się ma i tutaj zaczyna się problem.
1. Pejzaż rodziny
Rodzice mojego narzeczonego mają dwóch synów; jest syn właściwy (młodszy) i syn parobek (starszy). Ja jestem w związku z tym drugim. Mój facet ma obecnie 36 lat, jego brat 30. Młodszy brat urodził się nie w pełni zdrowy, przeszedł wiele operacji, obecnie ma grupę inwalidzką, nie widzi na jedno oko, na drugie widzi słabo. Facet nie skończył żadnej szkoły, był chuliganem (ma criminal records, czy jak to się tam nazywa), obecnie pracuje przy łopacie za płacę minimalną, ma narzeczoną (22 lata) i jest alkoholokiem.
Starszy syn uczył się zawsze na samych piątkach, skończył studia techniczne (2 trudne kierunki), zna dwa języki obce, dużo pracuje za granicą na kontraktach. Obydwaj mieszkają u rodziców w domu na tzw. zamożnych przedmieściach. Młodszy z narzeczoną zajmuje całe piętro z osobnym wejściem, starszy pokój ok. 10 m kw, a raczej trzyma tam kilka rzeczy, bo faktycznie mieszka u mnie i w hotelach. Rodzice dobrze uposażeni z domu sami niewiele osiągnęli zawodowo, matka ma emeryturę minimalną, ojciec za 2 lata otrzyma takie samo świadczenie. Zarabiali głownie na czarno.
2. O co kaman?
Z facetem jestem 4 lata, planujemy ślub. W ciągu tych czterech lat nigdy nie wyjechaliśmy nawet na weekend, byliśmy dosłownie 3 razy na piwie i jakieś 10 razy na tanim jedzeniu w barze. Zawsze z mojej inicjatywy i przeważnie na mój koszt. W kinie byliśmy 3 razy, na koncercie 2 razy. 6 razy byliśmy na 1-dniowych wycieczkach w promieniu do 100 km od mojego domu. Jedyne rozrywki jakie on uznaje to: imprezy w domu jego rodziców, TV, książka , seks. Letnie wypady nad jezioro trwają 1 godzinę - z zegarkiem w ręku. On nie wyobraża sobie, że można nad jeziorem spędzić cały dzień.
Powodem takiego stanu rzeczy wg niego jest:
- brak czasu
- brak pieniędzy
- przekonanie, że odpoczynek to strata czasu
Od sierpnia nie byliśmy nigdzie razem, nawet na spacerze, moją prośbę o wyjście na piwo podsumował, że jak mu postawię to ze mną pójdzie (^!@#!), każdą, podkreślam KAŻDĄ sobotę spędza w domu rodzinnym, w niedzielę przyjeżdża do mnie, kładzie się na kanapie, oświadcza że jest wyczerpany i włącza TV, ode mnie oczekuje obsługi. W dni, w które jest akurat w Polsce (oprócz sobót), przychodzi wieczorem, otwiera piwo, albo robi sobie drinka, czasem coś pomoże w przygotowaniu kolacji lub wyniesie śmieci (albo i nie), zrzuci brudne rzeczy do pralki, bo on jest zmęczony po 6 dniach pracy. Ja też pracuję ale moja praca jest (wg niego) lekka.
3. Sedno problemu
Wiem, że w te soboty remontuje część mieszkalną brata, pracuje w ogrodzie i robi inne rzeczy w domu rodziców, potem pewnie wódeczka, kiełbasa... whatever.
Wiem, że ma kilka kredytów wziętych na brata, których on nie spłaca - słyszałam jak dzwonili z windykacji, sam też to przyznał. Brał też kredyty dla jego dziewczyny.
Wiem, że przelewa jakieś kwoty rodzicom regularnie, nie znam jednak wysokości tych kwot.
Nie wiem ile zarabia - on nie mówi, ja nie pytam - jego sprawy finansowe są jego tajemnicą. Wiem jednak że ma dobry zawód, zarabia w euro i że nigdy nie ma na nic pieniędzy. Nie da się również ukryć, że jego rodzice i brat żyją na poziomie wyższym od przeciętnego.
Wiem, że piszę jak wścibska plotkara, która zagląda innym do gara

jakbym chciała starym rodzicom i choremu bratu od ust odjąć, ale nie mam takich intencji. Naprawdę. Mieszkamy w moim mieszkaniu, mam własne dochody, facet dokłada się do tzw. życia, zapełnia lodówkę wg uznania, kupuje jakieś środki chemiczne, czasem jakiś sprzęt kuchenny. Uparcie twierdzi jednak, że na nic ponad minimum on nie ma pieniędzy, wyjątek stanowi alkohol. Rozrywkę albo sponsoruję ja, albo rozrywki nie ma. Nie kupuje też sobie ubrań, czy kosmetyków, chodzi jak łajza, chyba że ja mu coś kupię za swoje.
4. Reasumując
Nie wiem jak mam myśleć o prowadzeniu wspólnego gospodarstwa domowego z takim facetem. Mnie się wydaje, że on takie gospodarstwo prowadzi z domem rodzinnym i tamten dom dotuje, dlatego być może faktycznie go na nic nie stać.
On się dokłada do niezbędnych bieżących wydatków, ja jednak chciałabym czasem gdzieś wyjść, wyjechać na wakacje i nie bardzo mam ochotę godzić się na takie stawianie sprawy, że jak chcę to mam za nas dwoje zapłacić, bo on rzekomo nie ma pieniędzy. Nigdy mi nie powiedział, zarabiam miesięcznie średnio kwotę X, moje stałe wydatki wynoszą Y, mogę odkładać kwotę Z na np. na wakacje. Zaznaczam, że on moją sytuację finansową zna i wie, ze jest jest dość przeciętna - nie głoduję, ale szału nie ma. Z jednej strony myślę, że nie mam moralnego prawa wtykać nos w jego prywatne sprawy finansowe i rodzinne. Z drugiej jednak strony nie wiem jak prowadzić wspólne gospodarstwo z człowiekiem, którego wkład do wspólnego budżetu jest (w moim odczuciu niewystarczający), gdyż nie pozwala na sfinansowanie niczego ponad minimum egzystencji. Może to być mi poczytane za bezczelność, ale myślę że w takiej sytuacji mogę oczekiwać jakiegoś potwierdzenia dla jego "nie mam" i planu co zamierza zrobić w kierunku poprawy sytuacji. Czuje się podle z tym, że jestem taka wścibska, jakbym wyciągała ręce po cudze dobra, zaglądała komuś do gara, ale nurtują mnie podejrzenia, że powodem niedostatku jest łożenie na dom rodzinny, a ja nie mam zamiaru razem z mężem brać sobie na głowę utrzymania 4 dorosłych osób. Gdybym była pewna, że on naprawdę nie ma na wyjazd, bo np. spłaca długi po plajcie firmy, albo coś w tym stylu to Bóg mi świadkiem, że znalazłabym sposób aby sfinansować wakacje dla nas dwojga.
Strasznie się zapętliłam w przypuszczeniach i podejrzeniach. Jak mam brać ślub z kimś, kogo wprawdzie kocham, ale kogo podejrzewam że nie jest wobec mnie całkiem szczery? A może ja nie mam prawa takiej szczerości wymagać? Może jestem durną egocentryczną z roszczeniami? Sama nie wiem, wierzcie mi nie wiem.
Dziękuje wszystkim, którzy przez to przebrnęli.