Moj syn ma dwa lata. Za chwile rodzi sie nam drugi. Obaj sa dziecmi planowanymi, drugie troche bardziej za moja namowa, ale nie bez zgody meza. Maz od poczatku byl tata zaangazowanym i pomagajacym - pracuje 8-17, ale gdy wraca do domu to nie uchyla sie ani od opieki nad dzieckiem ani od prac domowych

codziennie to on kapie malucha, bawi sie z niam, zajmuje gdy ja wychodze wieczorem na swoje (hobbistyczne) zajecia - nie ma mnie 4-5 razy w tyg po 1.5 godziny. Jedyny zgrzyt pojawia sie wieczorem i w nocy. Mlodziak dlugo zasypial przy piersi, spal z nami i budzil sie w nocy na cycka. Przez jakis czas zasypial z tata ale ostatnio jest bunt - nie tylko z nim nie zasnie, ale placze za mna tak dlugo az ja nie wroce. W nocy na dzwiek glosu taty dostaje wrecz histerii - musze byc ja i koniec (choc juz wcale niekoniecznie moja piers

). Ale nie rozwodzmy sie prosze nad ta kwestia bo mi to bardzo nie przeszkadza a winy meza w tym nie ma, zapewniam. Moja jesli juz

Za to w dzien cud miod - tata,tata,tata,tata... No wydawaloby sie, ze sielanka. Tylko, ze ostatnio okazuje sie, ze niekoniecznie. Mlody jest zachwycony spedzaniem czasu z tata i steskniony, gdy go nie ma pod warunkiem, ze jestem w poblizu. Gdy wyjde do drugiego pokoju zaczyna sie po chwili ryk, ze on chce do mnie. I nawet uznalabym, ze to norma, w koncu przyzwyczajony jest, ze jestwm. Nawet jestem przekonana, ze gdybym musiala "zniknac" to oni doskonale daliby sobie rade (troche martwilabym sie o wieczor i noc, ale jakos by przetrwali

). No i problemu by nie bylo gdyby sie nie pojawilo dzisiaj pewne ALE. Rozmawialismy z mezem, calkiem hipotetycznie, o tym, ze za jakis czas, gdy drugie podrosnie, moglabym sobie w weekendy popracowac i dorobic. On zostalby z dziecmi na 6 godzin w dzien (z polgodzinna przerwa) a ja mialabym prace pod samym domem, za niewielkie co prawda pieniadze, ale bez zadnych kosztow. Ja sie wyrwe z domu, grosz wpadnie, a on pobedzie z dziecmi. No i okazalo sie, ze dla mojego meza to jest strasznie przerazajaca wizja, ze mialby z dzieckiem (dziecmi) zostac na kilka godzin sam. Ze on twgo nie lubi, bo maly ryczy za mna, on nie wie co z nim zrobic, a maly nie umie powiedziec czego chce, a do tego mu ciagle trzeba wymyslac co zrobic do jedzenia... bla bla bla. W zasadzie nawet nie bardzo chcial rozmawiac na ten temat, on z tych niemowiacych. Grunt, ze jesli byloby to konieczne to oczywiscie, jakos da sobie rade, ale nie lubi i skakac z radosci nie bedzie. I woli obyc sie bez kilku stow (zyjemy na styk, dodatkowa kasa by sie przydala, ale nie jest niezbedna) niz miec wizje spedzenia kilku godzin w sobote czy niedziele sam z dzieckiem. I ja wiem, ze to dziwne, ze dotychczas takiej sytuacji nie bylo, ale ja po prostu nie mialam poki co potrzeby gdzies na dluzej wychodzic a na sile znajdowac sobie zajec nie czulam potrzeby. Ale teraz sie zmartwilam i nie wiem co z tym fantem zrobic. Bo z jednej strony chodzi o mnie - teraz zawsze bede miala wrazenie, ze jak bede gdzies chciala na dluzej w koncu wybyc, to bedzie sie to wiazalo z tym, ze maz zostaje z dziecmi bardzo niechetnie, ze wolalby nie i ze najlepiej by byla to ostatecznosc. Z drugiej strony bede sie duzo bardziej martwic jak sobie poradza gdy przyjdxie do porodu niedlugo. Jednak gdy cos sie robi ze zlym nastawieniem, bez checi i wiary w to, ze moze byc po prostu milo, to na pewno bedzie niemilo. Umeczy sie i maz i syn (nie rodze w Polsce, jest szansa, ze nie bedzie mnie tylko kilka godzin, bierzemy nawet pod uwage porod domowy, ale co w razie komplikacji, przeciez tego wykluczyc sie nie da). A po trzecie, chyba najwazniejsze, jest mi zwyczajnie smutno i martwie sie o ich relacje. Teraz moj syn tate uwielbia (choc ma swoje przyzwyczsjenia

). Ale jak dlugo potrwa zanim wyczuje, ze tata zwyczajnie nie lubi spedzac z nim czasu? Jak to swiadczy o ich obecnej relacji i jak im wrozy na przyszlosc, ze ojciec nie chce z synem spedzac czasu sam na sam? To teoretycznie ich relacja, wtracac sie moze nie powinnam? Ale przeciez odbije sie na calej rodzinie a i najzwyczajniej w swiecie tych facetow kocham, to najblizsze mi osoby, chcialabym, zeby sie lubili... Co robic, droga emamo?? Maz rozmawiac na ten temat nie chce, twierdzi, ze czarnowidztwo uprawiam, rozdmuchuje sprawe, a to ze on czasu sam na sam z synem spedzac nie lubi nie oznacza, ze nie lubi syna, albo ze cos jest nie tak. I moje martwienie sie zwala na hormony ciazowe. A gdy mowie, ze moze w takim razie ja jednak zaczne wychodzic w weekendy na dluzej to twierdzi, ze on mi przeciez nie broni, ale skakac z radosci nie zamierza. A poza tym to on tez pracuje caly tydzien i chce odpoczac, moc sie mlodym "wymienic", zajac nim razem i razem czas spedzic a nie z dzieckuem sam siedziec. Ja bym sobie zajecie znalazla, moge wyjsc na kilka godzin. Ale czy to terax ma sens? No sama nie wiem... Spojrzcie na sprawe obiektywnie i powiedzcie co o tym myslicie...