lot.ti
05.01.16, 14:52
Przeszukuję forum w poszukiwaniu wątków na temat finansów w rodzinie i znalazłam takie oto dwie ciekawe historie.
forum.gazeta.pl/forum/w,567,91360764,91377288,Re_Finanse_rodzinne_tesciowa.html
forum.gazeta.pl/forum/w,567,159289623,,Zona_gorszego_syna.html?s=0
Patrzę na to ze swojego punktu widzenia i jakoś nie mogę sobie wyobrazić aby mój facet/mąż wypowiadał się na temat tego czy i w jakim zakresie pomagam swojej rodzinie - rodzicom, rodzeństwu, siostrzeńcom, dziadkom, itd. Ja też nie wtykam nosa w jego sprawy rodzinne.
Zastanawiamy się jak to będzie po urodzeniu dziecka. Czy bez względu na sytuację każde z nas ma przekazywać na dziecko określoną kwotę/realizować określone obowiązki? Przecież życie się różnie układa, czasem facet idzie np. na wojnę a kobieta zostaje sama z dziećmi/w ciąży i musi sobie radzić. Ematki bulwersują się, że facet w pierwszej kolejności realizuje zobowiązania wobec swojej rodziny, a następnie wobec swojego dziecka i jego matki/konkubiny/żony. Teoretycznie i z potomkiem i z rodzicami/rodzeństwem wiążą go więzy krwi, jednak rodziców i rodzeństwo ma jednych z nimi przeżył dziesiąt lat, a dziecko może mieć kolejne i kolejne z inną kobietą. Ja sama bardziej jestem skłonna inwestować w rodzinę generacyjną - rodzice, siostry - niż prokreacyjną - ojciec dziecka - ponieważ WIEM że na swoich zawsze będę mogła liczyć. A czy będę mogła liczyć na niego? Tego tak naprawdę nie wie nikt. Pytanie czy powinnam tak po prostu pozwolić mu na to samo, czy ściemnić że nasze stado jest najważniejsze? Czy jest sens walczyć z takim samym jego podejściem?