Zaczynają się za tydzień u nas ferie i małż wymyślił,że chciałby pojechać w góry. Jako,że nigdy nie jeździł na nartach i syn też ( 7 lat), to docelowo wypad miałby głównie skupiać się na nauce jazdy. Ja kiedyś jeszcze na studiach jeździłam trochę,ale sporo już lat minęło,wiadomo,że trzeba byłoby umiejętności "odświeżyć". Sęk w tym,że ja nie mam ochoty jechać. Jakoś przestałam kochać zimę, wręcz nie znoszę,wkurza mnie ten leżący śnieg i mróz i z utęsknieniem czekam na wiosnę. Nie chce mi się marznąć, aktualnie wychodzę na spacery bardziej z musu,bo mam roczną córę na stanie i dla niej tuptam codziennie z wózkiem.
Chętnie wysłałabym ich samych,ale mąż jest tych "mało samodzielnych" jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi ( wszystko trzeba naszykować i pokazać placem). Dodatkowo stresujący jest fakt,że w razie jakieś nieprzewidzianej kontuzji zostaje sam z dzieckiem. Młody mu raczej nie pomoże

Pojechałybyście "na siłę" czy się postawiły ? Poradzcie coś,bo osobnik chodzi z dąsem na twarzy i się nie odzywa