anna_maria_taka_jak_inne
14.04.16, 14:14
Na fali wątku o traumie aborcyjnej...
Miałam aborcję. Z resztą "dzięki" temu trafiłam po raz pierwszy na ematkę (szukałam w internecie wypowiedzi kobiet nt aborcji).
To było osiem lat temu, miałam dwadzieścia kilka lat, kompletnie rozwalone życie zawodowe i osobiste. Spotykałam się z chłopakiem mieszkającym w innym kraju - raz u mnie, raz u niego. Trwało to jakieś pół roku. Którejś nocy kochaliśmy się w ten sposób, że nie miałam możliwości zauważyć, że pozbył się gumki. Skończył we mnie i dopiero wtedy się zorientowałam.
Rano (a była to niedziela) poszedł do pobliskiego szpitala i - nie wiem do dziś, jakich argumentów użył - wrócił z pigułką "dzień po". Wzięłam ją, ale dla pewności wciąż sikałam na testy, żeby się upewnić, czy nie jestem w ciąży. No i byłam. Potwierdziłam to testami normalnie już u lekarza. Wtedy facet przyznał się, że tam u siebie ma narzeczoną w ósmym miesiącu, o której nigdy nawet się nie zająknął.
W tamtym czasie było dla mnie oczywiste, że muszę usunąć. Nawet na sekundę w głowie nie postała mi myśl, że mogę urodzić i zostać matką.
Teraz, z perspektywy trzydziestokilkulatki w kompletnie innej sytuacji życiowej i z kompletnie inną mentalnością, myślę o sobie tamtej z czułością i współczuciem a jednocześnie wiem, że gdybym cofnęła się w czasie, to podjęłabym identyczną decyzję.
Ale nie o tym chciałam pisać.
Otóż bardzo dokładnie pamiętam, jak spędziłam te sześć tygodni ciąży. Przede wszystkim zaczęłam momentalnie szukać w internecie, co zrobić z niechcianą ciążą. Byłam taką dziewczynką z dobrego domu, która o temacie pojęcia nie miała. Dowiedziałam się wtedy o pigułkach wczesnoporonnych, zamawianych z Holandii przez internet (piszę bez szczegółów, bo nie mam pojęcia, czy nie zbanują mi wątku od podania nazwy, którą i tak pewnie wszyscy kojarzą) i od razu je zamówiłam.
Na stronie było napisane, że warto upewnić się wcześniej, czy ciąża nie jest pozamaciczna i czy wszystko jest ok, zanim się ją farmakologicznie terminuje.
No więc poszłam do ginekologa, najpierw jednego, potem drugiego. Wszyscy mi z uśmiechem gratulowali ciąży i nie mogli zrozumieć mojego stresu i napięcia i wtedy właśnie zaczęłam się czuć jak na obcej planecie, na której istnieje zmowa milczenia. Zaczęłam rozmawiać z bliskimi i znajomymi kobietami. Okazało się, że KAŻDA (bez wyjątku) zna osobiście dziewczynę, która miała aborcję. Byłam w szoku. Znowu sobie uświadomiłam, że istnieje jakiś temat totalnie tabu, który istnieje wokół nas a który jest spychany w społeczną nieświadomość. Kilka z nich dało mi namiary na ginekologów, którzy "to robią". Nie dlatego, że potrzebowałam skrobanki (było wcześnie i dało się wszystko załatwić pigułkami wczesnoporonnymi, na które czekałam), ale żebym mogła otwarcie, uczciwie porozmawiać z profesjonalistą o tym, co się ze mną dzieje, na co mam zwrócić uwagę, czego się spodziewać itd. Chciałam do cholery porozmawiać po prostu z lekarzem o sprawie dotyczącej mojego zdrowia albo życia. Otwarcie. Jak pacjent z lekarzem.
Poszłam do trzech lekarzy. KAŻDY z nich na początku bał się ze mną rozmawiać - bali się, że może to prowokacja, że ich nagrywam albo z ukrycia filmuję. Potem w trakcie rozmowy mówili mi to wprost, jak już się zluzowali bo wiedzieli, że nie chcę umówić się z nimi na zabieg.
I wiecie co? Wtedy naprawdę się wkurzyłam i to wkurzenie trzyma mnie do dziś. Że żyję w kraju, w którym kobieta musi schodzić de facto do podziemia, podszytego lękiem i paranoją, jeśli chce normalnie i mądrze zająć się swoim ciałem i zdrowiem.
Skracając historię - tabletki przyszły, wzięłam je, tamtego dnia były ze mną dwie przyjaciółki, wszystko było OK.
Instrukcja zalecała, żeby ileś tam czasu po tym zabiegu upewnić się na usg, czy aby na pewno macica się oczyściła i nie trzeba pomagać łyżeczkowaniem. Do "wtajemniczonych" lekarzy miałam spory kawałek, więc poszłam do najbliższego ginekologa, który na wieść, że kilka tygodni wcześniej poroniłam, zrobił podejrzliwą minę i kazał sobie opowiadać całą historię - a gdzie, a jak, a do którego szpitala z tym pojechałam itd. Musiałam kłamać i się wić. Obrzydliwe.
I wiecie co? Nie mam traumy poaborcyjnej. Owszem, naturalnie, czasem zastanawiam się, co by było gdyby. Ale nie ma w tym rozpaczy, płaczu itd.
Wkurza mnie tylko, że żyję w kraju kłamstwa, schizofrenii i dwulicowości, w którym kobieta nie ma prawa do dbałości o swoje zdrowie i życie. Pomijam kwestię takiego czy innego zapisu w prawie. Chodzi mi o atmosferę, która tworzy się w społeczeństwie wokół tego tabu. Atmosferę, w której lekarz specjalista BOI SIĘ rozmawiać z pacjentem o kwestiach związanych z jego ciałem, zdrowiem (a może nawet życiem), bo ktoś go nagra i np. oskarży o namawianie do aborcji (za co - zgodnie z 'KOMPROMISOWĄ USTAWĄ" idzie się do więzienia).
Więc de facto Polka musi radzić sobie z tym tematem sama nie tylko pod względem organizacyjnym, finansowym, pod presją czasu (wiadomo), z jakimiś tam zawsze wewnętrznymi lękami, wątpliwościami itd, ale wszystko to dzieje się w klimacie zbrodniczości, nielegalności i histerii.
No to napisałam. I mam dziwne wrażenie, że historii podobnych do mojej są dziesiątki tysięcy. Ale łatwiej jest wydać fikcyjny zakazik i mieć czyste sumienie własne, niż wziąć rzeczywistość na klatę i traktować dorosłe kobiety jak... dorosłe kobiety.
Owszem, na potrzebę tego wątku zmieniłam nick. Na co dzień jestem jedną z Was.